W najnowszym wydaniu:

Adam Ważyk, czyli Wagman – piewca Stalina

Był jednym z głównych propagatorów socrealizmu i szarą eminencją literatury w Polsce. Jedną z ofiar jego donosów był Ferdynand Goetel, który musiał udać się na przymusową emigrację.

Kiedy 17 września 1939 Związek Sowiecki napadł na Polskę, literaci przyjęli różne postawy. Tadeusz Dołęga-Mostowicz zginął 18 września w potyczce z sowieckimi żołnierzami. Stanisław Ignacy Witkiewicz „Witkacy” popełnił samobójstwo 18 września na wieść o wkroczeniu wojsk sowieckich do Polski. Miał powody, by się obawiać, że NKWD będzie go szukać do skutku? W styczniu 1945 roku NKWD kazało rozkopać grób Ferdynanda Ossendowskiego (autora demaskatorskiej książki o Leninie), żeby się upewnić, że na pewno umarł…
Po drugiej stronie byli kolaboranci, którzy podjęli natychmiast współpracę z okupantem.

Rodzinne koneksje w gazecie
Jednym z pierwszych, którzy poszli na służbę do czerwonego diabła, był Adam Ważyk (1905-1982), a właściwie Adam Wagman, pochodzący z żydowskiej rodziny „poeta, prozaik, eseista i tłumacz”. Na świat przyszedł w Warszawie. Niewiele wiemy o jego rodzinie poza tym, że jego stryj Saul Wagman był redaktorem „Nowego Przeglądu” i właśnie tam, dzięki koneksjom rodzinnym, młody, przyszły piewca Stalina, zamieszczał swoje pierwsze „utwory” – recenzje filmowe, opłacane przez zainteresowanych nimi właścicieli kin. We wrześniu 1939 wyjechał z Warszawy na wschód, pozostawiając w mieście żonę – podobno niezwykłej piękności, którą podobno szaleńczo kochał. Trafił do Brześcia a stamtąd, jak wielu jemu podobnych, przeniósł się do Lwowa.
Z entuzjazmem przyjął sowiecką okupację, a wyraz tej radości dał już 5 listopada 1939, publikując na łamach „Czerwonego Sztandaru” utwór Do inteligenta uchodźcy, gdzie pisał w romantyczno-grafomańskim stylu o kształtowaniu „nowego człowieka”, oczywiście pod czerwoną gwiazdą.