W wydaniu

Sędziowską Kastę toczy gangrena

Trzeba bić na alarm, ponieważ weszliśmy w Polsce w taki czas,...

Wielki Reset – teoria spiskowa czy agenda globalistów?

Wszelkie głosy mówiące o Wielkim Resecie, a więc w...

Wezwani do tablicy

Nie wiem, czy Państwo zauważyli, ale w ostatnim czasie zdecydowanie...

Kultura amerykańska wyklucza chrześcijan?

Przedmiotem ataków stały się chrześcijańskie organizacje charytatywne, w tym agencje...

Czy potrafimy złamać hegemonię Niemiec

To jest ten moment, kiedy decyduje się przyszły, tym...

Wybory z czerwca 1989

Nie całkiem wolne wybory, które doprowadziły do nie całkiem...

Europejski fundusz odbudowy Niemiec

Przykład grecki należy potraktować jako poligon doświadczalny, a wyciągnięte z tego...

Lotnictwo Rosji – samolot Su-27

Obecnie podstawowym samolotem bojowym Rosji jest Su-27 oraz jego...

ULICA POHULANKA

Pohulanka – ta nazwa ma w sobie coś figlarnego i dynamicznego zarazem....

KAPLICA BARCZEWSKICH W REMONCIE

Nareszcie. Trwa remont kaplicy grobowej rodziny Barczewskich, zwanej również...
Strona głównaPolska NiepodległaEuropejski fundusz odbudowy Niemiec

Europejski fundusz odbudowy Niemiec

Przykład grecki należy potraktować jako poligon doświadczalny, a wyciągnięte z tego eksperymentu wnioski posłużyły za podstawę do skonstruowania podobnego „pakietu pomocowego”, tyle że już na ogólnoeuropejską skalę – tak jak udział jednostek Wehrmachtu w wojnie domowej w Hiszpanii dał asumpt do udoskonalenia doktryny blitzkriegu. Formalnie Fundusz Odbudowy posłużyć ma postawieniu na nogi gospodarek wyniszczonych lockdownami (zwłaszcza bazujących na turystyce krajów Południa). Faktycznie zaś doprowadzi do ich postępującego ubezwłasnowolnienia, dalszej federalizacji Unii Europejskiej oraz wzmocnienia niemieckiej dominacji politycznej i gospodarczej.

I. Grecki poligon doświadczalny
Aby wyjaśnić genezę i rzeczywistą funkcję europejskiego Funduszu Odbudowy, warto cofnąć się o kilka lat – dokładnie, do momentu, gdy zbankrutowała Grecja, przygnieciona ciężarem długów i globalnego kryzysu finansowego. Zacząć zaś należy od tego, że praprzyczyną jej problemów była strefa euro, która w obecnym kształcie nie powinna była nigdy powstać, łączy bowiem w sobie zbyt wiele kompletnie nieprzystających do siebie gospodarek, znajdujących się na różnych poziomach rozwoju. W efekcie to, co służy jednym (lepiej rozwiniętym państwom Północy, ze szczególnym uwzględnieniem Niemiec), w stosunku do pozostałych (europejskiego Południa i krajów postkomunistycznych) stało się narzędziem kolonialnego drenażu. Objęcie jak największej części Europy wspólnym obszarem walutowym nie miało nic wspólnego z gospodarczym zdrowym rozsądkiem, za to bardzo wiele z ideologią i polityką oraz interesami największych graczy na kontynencie. Stąd też brała się nieustanna presja wywierana na kolejne kraje, by te jak najszybciej przyjmowały euro. Jak powiedział w chwili szczerości cytowany tu już niejednokrotnie ówczesny prominentny euromandaryn Romano Prodi (nota bene były agent KGB), euro nie jest projektem ekonomicznym, lecz politycznym. Jest to po prostu kolejne narzędzie „pogłębiania integracji”, czyli tworzenia europejskiego superpaństwa. Dlatego też przymykano oczy na przeszkody teoretycznie uniemożliwiające przystąpienie do euro-zony, takie jak zbyt wysoki deficyt i dług publiczny oraz tolerowano różne księgowe sztuczki (np. swapy walutowe udzielane przez Goldman Sachs), mające zatachlować realną kondycję finansową kandydatów – tak w przypadku Grecji, jak i chociażby Włoch.


Oficjalnie przekaz oczywiście był inny – euro miało być czynnikiem podnoszącym zapóźnione państwa i mającym ułatwić im dołączenie do europejskiej „pierwszej ligi”. Szybko okazało się, że jest dokładnie odwrotnie – euro, będące walutą silniejszą od dawnej drachmy czy lira, potwornie uderzyło m.in. w lokalny przemysł (ale też w handel i usługi), w szybkim tempie mordując konkurencyjność tamtejszych gospodarek i ich możliwości eksportowe. Jednocześnie kraje te dzięki przynależności do eurogrupy zyskały możliwość taniego zadłużania się, bowiem rynki finansowe przez długi czas traktowały strefę euro jako jeden organizm i nie różnicowały zdolności kredytowej jej członków, stosując wobec ich obligacji bardzo zbliżone oprocentowanie. W efekcie Grecja mogła się zadłużać niemal jak Niemcy, nie dysponując ani ich potencjałem gospodarczym, ani zdolnością kredytową. Zarazem dla gospodarki niemieckiej sytuacja ta (do czasu) była istnym eldorado, stymulując eksport – często kredytowany przez tamtejsze banki. Grecki dług publiczny i prywatny zatem narastał, służąc głównie finansowaniu importu.
Snop światła rzuca tu proces korupcyjny sprzed kilku lat, w którym padały nazwy największych niemieckich koncernów przemysłowych – Siemensa, Rheinmetall, Ferrostal, Daimlera czy Krauss Maffei Wegmann. Otóż ich przedstawiciele całymi latami przekupywali greckich decydentów, by ci w zamówieniach publicznych faworyzowali niemieckie firmy, bądź to przy modernizacji usług telekomunikacyjnych (Simens), bądź przy zakupie uzbrojenia (w efekcie grecka armia jest pierwszą potęgą pancerną Europy, uzbrojoną rzecz jasna w niemieckie Leopardy). Zakup sprzętu nawet za 5-7 mld euro rocznie (i to nawet już w okresie kryzysu) nierzadko był finansowany z kredytów niemieckich banków. Ta puchnąca bańka zadłużenia musiała w końcu pęknąć – i pękła wraz z wybuchem globalnego kryzysu po 2008 r., który uderzył również w strefę euro, od tamtej pory borykającą ze stagnacją. Jak ujął to znany inwestor Warren Buffet: dopiero odpływ pokazuje, kto pływał bez majtek. Tymi „ktosiami” były naturalnie kraje południa Europy, wciśnięte na siłę do „ekskluzywnego klubu”.
Niemniej kryzys zagroził również niemieckim instytucjom finansowym, które z dnia na dzień zostały z górą bezwartościowych greckich papierów dłużnych. Najprościej byłoby pozwolić Grecji ogłosić bankructwo i powrócić do drachmy – ale właśnie do tego Niemcy nie mogły dopuścić, bowiem niewypłacalność Grecji uruchomiłaby reakcję łańcuchową, której ofiarą padłyby również niemieckie banki. Dlatego też „trojka” (Europejski Bank Centralny, KE i MFW pod nieformalnym przewodem Angeli Merkel) postawiła Grecję pod ścianą, z dnia na dzień wycofując gwarancje EBC dla greckich banków i zmuszając ją do przyjęcia „pakietu ratunkowego” w postaci… kolejnej góry długów do spłaty. Nawiasem, na początkowym etapie (2012 r.) także i my „solidarnie” dorzuciliśmy się do tej pomocy, wpłacając do specjalnego funduszu MFW 6 mld zł na wieczne nieoddanie. Kwota ta, podobnie jak reszta „transzy pomocowych”, była w Grecji tylko nominalnie i przez chwilę, zaraz bowiem powędrowała do wierzycieli – głównie z Niemiec. Tak więc sypnęliśmy kasą na ratowanie niemieckiego sektora finansowego. Dodać należy, iż EBC w ramach ratowania niemieckich banków złamał prawo, zabraniające finansowania przez EBC niewypłacalnych państw strefy euro (klauzula „no bailout”). Aby ją ominąć, zdecydowano się na „inżynierię finansową”: „zabezpieczeniem” funduszy pomocowych uczyniono dotychczasowe greckie papiery dłużne, czyli nic niewarte, śmieciowe obligacje. Wszystko to koniec końców poskutkowało faktycznym ubezwłasnowolnieniem Grecji, zmuszonej ponadto do wyprzedaży państwowego majątku, co jako żywo przypomina naszą sławetną „transformację” z lat ‚90, kiedy to podobna wyprzedaż była warunkiem częściowego umorzenia PRL-owskich długów.
No i na koniec najlepszy dowcip – Niemcy na greckiej plajcie nie tylko nie straciły, ale wręcz zarobiły. W jaki sposób? Otóż niepewność wokół Grecji poskutkowała wzmożonym zapotrzebowaniem na stabilne niemieckie obligacje, dzięki czemu niemiecki rząd mógł ciąć ich rentowność, a nawet sprzedawać z ujemnym oprocentowaniem. W tym samym czasie niemiecka „pomoc” dla Grecji wyniosła ok. 90 mld. Euro, ale na wyższy procent. Dzięki tej operacji Niemcy zarobiły według wyliczeń Instytutu Badania Gospodarki (IWH) w Halle ok. 100 mld euro, wskutek czego mimo kryzysu były w stanie zrównoważyć budżet, a kanclerz Angela Merkel mogła pozwalać sobie na sztorcowanie Greków, dając im za przykład „skrzętną, szwabską gospodynię”. Generalnie zresztą bilans strefy euro jest bezwzględny. Jak dwa lata temu podało Centrum Polityki Europejskiej we Fryburgu w okolicznościowym raporcie
„20 lat euro: zwycięzcy i przegrani”, w latach 1999-2017 Niemcy „zarobiły” na wspólnej walucie 1,9 bln euro, zaś Holandia 350 mld euro. Dodatni bilans ma również… Grecja (symboliczne 2 mld euro), lecz jest to wyniki początkowego okresu przynależności, gdy jeszcze świeciło słońce – cenę, jako przyszło zapłacić, znamy. Wszystkie inne kraje na wspólnej walucie straciły – od Włoch (4,3 bln euro na minusie), poprzez Francję (3,6 bln euro), aż po Belgię (skromne 69 mld euro).

II. Moment hamiltonowski
W ten oto sposób dochodzimy do dnia dzisiejszego, sztucznie wywołanego koronakryzsu i europejskiego Funduszu Odbudowy. Wszystko bowiem wskazuje na to, że przykład grecki należy potraktować jako poligon doświadczalny, a wyciągnięte z tego eksperymentu wnioski posłużyły za podstawę do skonstruowania podobnego „pakietu pomocowego”, tyle że już na ogólnoeuropejską skalę ‒ tak jak udział jednostek Wehrmachtu w wojnie domowej w Hiszpanii dał asumpt do udoskonalenia doktryny blitzkriegu. Formalnie Fundusz Odbudowy posłużyć ma postawieniu na nogi gospodarek wyniszczonych lockdownami (zwłaszcza bazujących na turystyce krajów Południa). Faktycznie zaś doprowadzi do ich postępującego ubezwłasnowolnienia, dalszej federalizacji Unii Europejskiej oraz wzmocnienia niemieckiej dominacji politycznej i gospodarczej. Ze strony Niemiec – głównego orędownika Funduszu – jest to klasyczna ucieczka do przodu, bowiem przedłużająca się europejska recesja byłaby zarazem śmiertelnym zagrożeniem dla ich bazującej na eksporcie gospodarki.
Proszę zwrócić uwagę, że mamy do czynienia z identycznym mechanizmem, jak w przypadku Grecji: panika na tle koronawirusa wymusiła na państwach działanie wbrew własnym interesom – zamknięcie gospodarek i gwałtowne zadłużanie się (dotyczy to również, niestety, Polski). Nie rozstrzygniemy dziś, czy było to podyktowane jedynie ślepym, owczym pędem, pod dodatkową presją zastraszonych medialną histerią społeczeństw, czy też gdzieś na zapleczu „inni szatani byli tam czynni”. Tak czy inaczej, skutek jest taki, że Europa stanęła nad krawędzią ekonomicznej zapaści. Ktoś powie, że Niemcy również zarządziły u siebie lockdown. Owszem, tyle że Niemcy ze swą hegemoniczną pozycją, rezerwami i zasobami mogły sobie na to pozwolić, inni zaś nie – w myśl zasady, że nim gruby schudnie, to chudy umrze z głodu. Cały ten roczny lockdown okazał się w efekcie (mniejsza już o to, czy zaplanowaną, czy po prostu tak wyszło) grą o przetrwanie – o to, kto w nowej, postpandemicznej rzeczywistości znajdzie się wśród wygranych, a kto wśród przegranych. Gdyby znaleźli się odważni i odporni na międzynarodową presję przywódcy, którzy nie zamknęliby gospodarek (jak Szwecja) – ich państwa byłyby dziś na relatywnym plusie (i my również mieliśmy tę szansę, z której jednak nie ośmieliliśmy się skorzystać, za co zapłaciliśmy cenę nie tylko finansową, lecz także w rekordowych, nadliczbowych zgonach). Odważnych jednak nie było i Europa przypłaciła to gospodarczym „zagłodzeniem”, stawiając się tym samym w sytuacji bez wyjścia: jedyną deską ratunku okazał się wspólny kredyt ‒ „pakiet ratunkowy”, zaciągany na podstawie fikcji zakładającej, że wszyscy udajemy przed sobą nawzajem, iż nie jesteśmy bankrutami.
Ten wspólny dług jest spełnieniem postulatów George’a Sorosa z czasu kryzysu migracyjnego w 2015 r. To wówczas ten stary, finansowy upiór suflował przerażonej inwazją oraz perspektywą utrzymywania milionów nachodźców Europie, że Unia powinna wykorzystać swój znakomity rating „AAA”, by wyemitować wspólne obligacje, z których pokryte zostaną koszty „integracji”, dzięki czemu spełnić się miała ideologiczna obsesja spekulanta o europejskim „multi-kulti” i „społeczeństwie otwartym”. Soros przy tym skromnie nie dodał, że on i jemu podobni zarobiliby przy tej okazji kolejne worki pieniędzy – jak bowiem wspomniał przy innej okazji, dług publiczny jest podstawą funkcjonowania rynków finansowych. Receptę tę powtórzył w kwietniu 2020 r. jego syn, Alexander Soros pełniący funkcję wiceprzewodniczącego Open Society Foundations, domagając się emisji euroobligacji i uwspólnotowienia długów – tym razem, jak widać, skutecznie.
Zaciągniemy zatem (a w zasadzie Komisja Europejska w naszym imieniu) 750 mld euro rozmaitych zobowiązań, do czego dołączą wspólne podatki, z których w latach 2028-2058 mają zostać spłacone wspomniane pożyczki (podatek od plastiku, zyski z handlu emisjami CO2, podatek od transakcji finansowych, opłata cyfrowa i inne). To właśnie kryje się pod terminem „zasobów własnych” Unii Europejskiej, których zwiększenie ratyfikowaliśmy na pamiętnym majowym posiedzeniu Sejmu.
W kontekście powyższego mówi się często o „momencie hamiltonowskim” Europy – przez analogię do Alexandra Hamiltona, który jako sekretarz skarbu prezydenta George’a Washingtona doprowadził do „uwspólnotowienia” długu poszczególnych stanów i powstania jednolitego długu federalnego, zakładając, iż takie wspólne zobowiązanie będzie jednym z głównych czynników spajających państwo. Nie pomylił się, czego dowodem była ponad pół wieku później próba secesji stanów Południa zakończona krwawą wojną – okazało się, że z amerykańskiej Unii wystąpić po prostu nie można. Podobnie rozumują dzisiejsi eurokraci, a jeżeli do wspólnego, żyrowanego przez wszystkie państwa długu UE dołożyć wspomniane „zasoby własne”, to otrzymujemy w efekcie gigantyczną władzę brukselskiego aparatu opierającą się na „marchewce”, czyli funduszach pomocowych dla zadłużonych po uszy krajów członkowskich i „kiju” w postaci konieczności spłaty zobowiązań i drobiazgowej kontroli wydatków, wspartych ponadto „mechanizmem praworządności”. Krótko mówiąc, mamy europejskie, sfederalizowane „superpaństwo”, w którym jest rubel za wejście i dwa za wyjście.

III. Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego
Dopiero biorąc pod uwagę zarysowaną tu wielowątkową perspektywę i ciąg wydarzeń z ostatnich lat, możemy prawidłowo ocenić niemiecką grę i interesy. Niemcy już teraz są politycznym i gospodarczym hegemonem – gra toczy się o umocnienie tej pozycji i stworzenie takich warunków, by wyślizgnięcie się z tej matni („niemieckiej klatki”, jak włoski ekonomista Paolo Savona nazwał strefę euro) stało się niemożliwe, gwarantując Berlinowi kolejne dziesięciolecia niezakłóconej eksploatacji kontynentu. Patrząc z tej perspektywy, wszystkie dotychczasowe działania mimo pozorów szaleństwa (np. transformacja energetyczna mająca uczynić UE „neutralną klimatycznie” do 2050 r. czy pogłębiająca koronakryzys polityka bezwzględnych lockdownów), były do bólu racjonalne – to po prostu inwestycja. „Energiewende” ma uczynić Europę zależną od niemieckich technologii; Nord Stream 2 ma przekształcić Niemcy w hub energetyczny i czołowego eksportera energii na kontynencie; wreszcie, dorżnięcie potencjalnych konkurentów narzuconą zakulisowo polityką lockdownów ma relatywnie umocnić niemiecką gospodarczą dominację.
Problem w tym, iż Niemcy w pewnym momencie przeinwestowały – i stąd wspomniana już wcześniej „ucieczka do przodu”. Koszty energetycznej transformacji w postaci wielomiliardowych dopłat do OZE zaczęły przytłaczać nawet zasobny, niemiecki budżet, nie mówiąc o kieszeniach obywateli. Z kolei rok lockdownów i konieczność podtrzymywania przedsiębiorstw poskutkowały w 2020 r. rekordowym deficytem rzędu 218,5 mld euro, co nabiło dług publiczny do wysokości 77 proc. PKB, a w tym roku deficyt wynieść ma kolejne 240 mld euro. W ubiegłym roku kompletnie załamał się niemiecki eksport, będący kołem zamachowym tamtejszej gospodarki – co gorsza, chodzi głównie o eksport do państw europejskich, czyli największego niemieckiego rynku zbytu – i obecnie wciąż nie powrócił do poziomu sprzed koronakryzysu. Prognozy wzrostu gospodarczego na bieżący rok są mizerne, za co również w dużej mierze odpowiada panująca w UE recesja. A więc Fundusz Odbudowy okazuje się niezbędny również dla Niemców w myśl opisanego na początku greckiego schematu – kredytujemy nim resztę Europy (za, w ostatecznym rozrachunku, jej własne pieniądze), by ta znów zaczęła kupować nasze towary, zanim splajtujemy, bo z popytu wewnętrznego się nie utrzymamy, mając do tego na garnuszku wciąż rosnącą rzeszę bezproduktywnych „inżynierów i lekarzy”, którzy nie nadają się nawet do zbioru szparagów. W tym sensie ów Fundusz Odbudowy (podobnie jak inne eurofundusze, szczególnie te kierowane do państw naszego regionu, w tym Polski) są niczym innym, jak ukrytą formą dotowania niemieckiego eksportu i generalnie niemieckiej gospodarki. A jeżeli dołożymy do tego brukselską, polityczno-biurokratyczną „czapę”, którą kierujemy z tylnego siedzenia (a niekiedy całkiem jawnie), to mamy Europę w garści: rządzimy jej walutą, sfederalizowaliśmy i zwasalizowaliśmy ją politycznie, za chwilę staniemy się jej centrum energetycznym, uzależniliśmy ją od naszego eksportu… Słowem, plan Walthera Funka, prezesa Banku Rzeszy, zakładający podporządkowanie Niemcom europejskich gospodarek, staje się ciałem. A stąd już tylko krok do współczesnej inkarnacji Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego.
Jak rysują się na tym tle realne możliwości ewentualnego polexitu, chyba nie muszę tłumaczyć. Na domiar złego, słuchając euroentuzjastycznych przemówień premiera Morawieckiego, które równie dobrze (minus patriotyczna retoryka) mógłby wygłosić Donald Tusk, można dojść tylko do jednego wniosku: wśród potrząsania szabelką i wygłaszania bogoojczyźnianych frazesów niepostrzeżenie daliśmy się wprowadzić do ciemnej d… ‒ a teraz zaczynamy się w niej urządzać.