W wydaniu

Sędziowską Kastę toczy gangrena

Trzeba bić na alarm, ponieważ weszliśmy w Polsce w taki czas,...

Wielki Reset – teoria spiskowa czy agenda globalistów?

Wszelkie głosy mówiące o Wielkim Resecie, a więc w...

Wezwani do tablicy

Nie wiem, czy Państwo zauważyli, ale w ostatnim czasie zdecydowanie...

Kultura amerykańska wyklucza chrześcijan?

Przedmiotem ataków stały się chrześcijańskie organizacje charytatywne, w tym agencje...

Czy potrafimy złamać hegemonię Niemiec

To jest ten moment, kiedy decyduje się przyszły, tym...

Wybory z czerwca 1989

Nie całkiem wolne wybory, które doprowadziły do nie całkiem...

Europejski fundusz odbudowy Niemiec

Przykład grecki należy potraktować jako poligon doświadczalny, a wyciągnięte z tego...

Lotnictwo Rosji – samolot Su-27

Obecnie podstawowym samolotem bojowym Rosji jest Su-27 oraz jego...

ULICA POHULANKA

Pohulanka – ta nazwa ma w sobie coś figlarnego i dynamicznego zarazem....

KAPLICA BARCZEWSKICH W REMONCIE

Nareszcie. Trwa remont kaplicy grobowej rodziny Barczewskich, zwanej również...

Wezwani do tablicy

Nie wiem, czy Państwo zauważyli, ale w ostatnim czasie zdecydowanie zamilkli tak zwani artyści. Oto mam wrażenie, że niemal cała dyskusja na tematy bieżące prowadzona jest między politykami oraz wynajętymi przez polityków dziennikarzami, gdy natomiast chodzi o głos wspomnianych artystów, na placu boju pozostała właściwie już tylko wraz ze swoim facebookowym kontem Manuela Gretkowska, no a poza tym to już chyba tylko ledwo zipie jeszcze jeden pisarz Andrzej Stasiuk. Gdy chodzi natomiast o przedstawicieli branży aktorskiej czy muzycznej, które dotychczas zadawały szyku na scenie społeczno-politycznej, mamy dramatyczną posuchę. Człowiek rozgląda się oraz nastawia ucha, by usłyszeć co na interesujące nas tematy mają do powiedzenia Daniel Olbrychski, Agnieszka Holland, Maja Komorowska, stary Stuhr wraz z synem, że już nie wspomnę o Januszu Gajosie czy muzyku Zbigniewie Hołdysie, a tu kompletna cisza. Przepraszam bardzo za sianie defetystycznych klimatów, ale czy to przypadkiem nie oznacza, że oni już się tylko czają, aż minister Gliński raczy im sypnąć jakimś choćby najskromniejszym groszem?


Na szczęście jest jeszcze wspomniany Andrzej Stasiuk oraz niezastąpiona „Gazeta Wyborcza”, która udzieliła mu głosu no i jego słynna już tu i ówdzie wypowiedź, w której stwierdza on, że: Ale przecież nic innego nie mamy. Żadnych właściwie osiągnięć poza przetrwaniem. A bardzo byśmy chcieli mieć. Żeby świat docenił. A świat nie jest zwyczajnie zainteresowany. Bo ile można słuchać o Skłodowskiej i Janie Pawle – tym bardziej że temu drugiemu jakby się termin ważności kończył? Nie, no oczywiście mamy jeszcze Auschwitz w skali światowej, ale jednak Niemcy nam to zbudowali. Jak mówię, owa wypowiedź została już odpowiednio rozpowszechniona i zrobiła na wielu z nas właściwe wrażenie, natomiast rozmowa, jaką przeprowadziła „Wyborcza” ze Stasiukiem, jest znacznie dłuższa i obejmuje znacznie większy zakres owego, z jednej strony, zidiocenia, a z drugiej klasycznego zbydlęcenia, jaki Andrzej Stasiuk zaprezentował w tych kilku zdaniach. Nie będziemy więc już może się skupiać na tym Auschwitz, ale zajrzymy głębiej w umysł tego dziwnego człowieka i jego rozmówcy z „Gazety Wyborczej”, bo tam się dzieją rzeczy naprawdę warte uwagi.

Mówi wybitny pisarz, autor wielu bestsellerowych książek Andrzej Stasiuk:
Więc u nas zjawy mają się dobrze. Zawsze znajdą ciało, w którym mogą zamieszkać. To są nasze narodowe zaświaty, ale absolutnie pogańskie. Bo nie ma z nich wyjścia, nie ma zbawienia ani odkupienia. W chrześcijaństwie śmierć jednak miała czemuś służyć, miała być bramą. My się w śmierci tylko babramy. To jest nawet ciekawe, ten horror. Tylko nie opowiadajmy bzdur, że jesteśmy chrześcijańscy czy katoliccy. Czcimy zjawy, wielbimy zombi. Wystarczy się przyjrzeć postsmoleńskiej nekrofilii tych wszystkich odkopywań, zakopywań i znowu odkopywań. To już nawet nie jest rekonstrukcja, tak modna dziedzina sztuki narodowej, to ekstremalne jeden do jeden. Smród rozłożonej tkanki, mięso odłazi od kości, trzeba to robić w lateksowych rękawiczkach, w maskach, bo przecież dech zapiera. Przekładanie, dopasowywanie tej pramaterii, bo już w zasadzie niczego ludzkiego nie przypomina, tylko kości mają jeszcze formę. Kości i czaszki w trupim prosektoryjnym świetle, no to jest danse macabre odarte z jakiejkolwiek estetyki. W ten taniec śmierci wpisują się relacje z Marszów Niepodległości: w ciemnościach listopada czerwony ogień, płomienie, dym, piekło jakieś zimne, deszczowe, ciemne. Breughlowski obraz, prawda? I zieje tym ogniem gdzieś spod ziemi, z zaświatów na wieki, bo żaden Zbawiciel tam nie zejdzie, bo przecież jak to tak? A co my w tej Polsce będziemy robić, jak Zbawiciel przyjdzie i te trupy nam powskrzesza?

Jeśli Czytelnik pragnie, bym ja ten bełkot jakoś skomentował, bo o analizie mowy być oczywiście już nie może, to, przepraszam bardzo, ale nic z tego. To się już wyłącznie nadaje do wdeptania w piach. Jest jednak coś, co wypada powiedzieć. Może akurat nie o samym tekście, ale o jego autorze i pewnym zjawisku. Mamy oto takiego Andrzeja Stasiuka, jednego z uznanych polskich współczesnych pisarzy i prosimy go o wyrażenie opinii na jakikolwiek temat i okazuje się, że on nie potrafiąc tego, co mu siedzi w głowie, wyrazić w paru krótkich, precyzyjnych słowach, zaczyna się popisywać swoją niby erudycją, tak jakby chciał zakomunikować światu, że w tej dokładnie chwili ów świat powinien paść na kolana i zamknąć się w niemym podziwie, bo oto pojawiła się ostateczna mądrość. A to, co tu robi wrażenie szczególne, to że przed sobą mamy jedynie jakiegoś przybłędę, który najprawdopodobniej, gdy chce w swoim lokalnym sklepie kupić flaszkę, jedyne, co potrafi powiedzieć, to: „Pani Lusiu, k…, pić mi się, k…, chce”.

A to przecież nie koniec. Co ja mówię „koniec”! To nawet jeszcze nie początek. Oto w dalszej części owego wywiadu pojawia się coś takiego:
No więc niczego specjalnego nie mamy, to w obronnym odruchu odwracamy się tyłem do świata i zaczynamy sycić się przeszłością i wsobnością. Ja to rozumiem. Tutaj od setek lat wszystko było z importu. I dobre, i złe. I wolność, i niewola. Byliśmy kolonizowani przez armie, idee i ustroje. Tego można mieć dość i to się czkawką w końcu odbiło. A spryciarze w rodzaju Rydzyka i Kaczyńskiego tylko na to czekali.

I w momencie, gdy pojawia się nadzieja w postaci wyrażonej przez pracownicą „Wyborczej” sugestii, że większość tych od Rydzyka i Kaczyńskiego wymrze niebawem, bo demografia jest nieprzejednana, Stasiuk nie pozostawia żadnej nadziei:
A teraz to pani jest naiwna, bo nawet ci, co ten wysiłek próbowali podjąć na serio, ci, którzy zgodzili się na kolejną, tym razem soft kolonizację, po prostu małpili i się przebierali. Zaczęli się częściej myć, coraz dalej wyjeżdżać na wakacje, gapić się w coraz większe telewizory i po angielsku narzekać, że naród ciemny, zabużański i z wolności nie potrafi korzystać. To jest jak z tymi obejściami, z których zniknęły kacze wygony, rogacizna i psy na łańcuchach i teraz jakieś miniwersale po wsiach za kutymi ogrodzeniami widać. I od razu można poznać, kto gdzie na gastarbajt jeździł: jak sadystycznie poprzystrzygane, to raczej do Austrii, jak lwy z betonu, to raczej do Włoch. I tak sobie hula ta polska udręczona dusza transformacyjna.

Kiedy obserwujemy sposób myślenia oraz zachowania owej części klasy politycznej, ale również reprezentowanych przez Stasiuka przedstawicieli opinii publicznej, musimy zauważyć, że choć tam pojawia się cały wachlarz różnego rodzaju mądrości, wśród nich jest jeden stały element wspólny. Otóż oni wszyscy, gdy wypowiadają słowo „Polska”, zostają w jednej chwili opanowani przez poczucie nieskończonej wręcz pogardy przechodzącej w obrzydzenie. Kiedy przed sobą widzą innego człowieka, w jednej chwili nabierają przekonania, że oto już za chwilę zostaną albo obrzygani, albo wręcz zatruci oddechem niosącym ze sobą wspomnienie owych kaczych wygonów, rogacizny i psów na łańcuchach.

Będziemy już na dziś kończyć, ale dobrze by było jeszcze zwrócić uwagę na jedno. Andrzej Stasiuk to jest zaledwie pionek w ich grze, któremu oni, gdy przyjdzie mu wreszcie opuścić ten padół, nie poświecą nawet jednej szpalty w tym swoim szmatławcu. Problemem bowiem nie jest on, ale ci, którzy przez minione lata mu o owych „kaczych wygonach, rogaciźnie i psach na łańcuchu” śpiewali do snu. A my znamy ich nazwiska i starajmy się ich nie zapomnieć.

Ponieważ zrobiło się zbyt ponuro, proponuję zakończyć tę część naszych lekcji rzutem oka na ulicę Polanki w Gdańsku i się choć na chwilę uśmiechnąć. Otóż, jak słyszymy, Lechowi zostało na koncie zaledwie 5 tys. złotych, a problem w tym, że na nich już swoją łapę położyła Danuśka. Gdzie te czasy gdy oni się gonili po królewskim łóżku w Buckingham Palace?