W najnowszym wydaniu:

01

To nie kowid zagraża dzieciom

Pamiętam, z jaką ulgą dowiedziałem się na początku „pandemii”, że kowid nie dotyczy dzieci. Że zachorowalność i przypadki śmiertelne w związku z chorobą spowodowaną SARS-Cov-2 to problem ludzi starszych. I tylko w nikłym stopniu młodzieży. Wtedy też przypomniałem sobie powiedzenie mojej babci, które zamieściłem jako motto.

Wieść ta była jednym z powodów dla których do nakręcanego nieprzytomnie zjawiska – trumien i ciężarówek z Bergamo, lodowisk zamienianych w kostnice, statku-szpitala wpływającego rzeką Huston do serca Nowego Jorku – mogłem podejść z dystansem. Był to czas, gdy jeszcze sądziłem, że ogłoszona z takim przytupem w mediach mainstreamowych „zaraza”, to jednak trochę coś bardziej poważnego niż sezonowa infekcja udrapowana w kostium czarnej śmierci. Cóż – myślałem wówczas – jeśli osoba taka jak ja – mocno niemłoda, paląca, z nadciśnieniem, nadwagą, skłonnościami do ostrych przeziębień i prowadząca od dawna tzw. siedzący tryb życia zejdzie z powodu infekcji, to przecież „nie takie świat dramaty zna”, jak mówią słowa starego szlagieru. Inaczej jest w przypadku choroby lub śmierci dziecka czy osoby młodej. Zupełnie inaczej…