W wydaniu

Zdrajców mamy dzisiaj podanych na tacy

Całkiem niedawno pisałem, że jedynym plusem wojny hybrydowej wydanej...

Zemsta Berlina

Premier Mateusz Morawiecki rozpoczął posiedzenie rządu, siedząc wygodnie w fotelu...

Wojna w Las Vegas

W tym tygodniu Polska była rozpolitykowana do granic możliwości,...

Czas do wariatkowa, profesorku Sadurski

Profesorek Wojciech Sadurski w swoim lewackim móżdżku ubzdurał sobie, że...

Kto chce wojny secesyjnej w USA?

Czyż nie jest głupotą krzyczenie, że muszą się zaszczepić,...

TO NIE JEST BAJKA…

Nie wszystkie nastolatki chcą się pogodzić z racjami rodziców....

Uwaga, dywersant!

Bartosz T. W. przedstawia się jako „wicenaczelny” brudnej gazety....

Wielki wstęp do tyranii

Nie ma już znaczenia, jaki pretekst zostanie wybrany do...

Koniec polityki ustępstw?

Do Brukseli powinien pójść sygnał: albo się cofniecie, albo...

Wielki Kabaret Październikowy

Niedziela jak niedziela, plac Zamkowy jak plac Zamkowy, bez...
Strona głównaWarszawska GazetafelietonyImperatorowa odchodzi, imperium zostaje

Imperatorowa odchodzi, imperium zostaje

W Niemczech kończy się era kanclerz Angeli Merkel, a więc era bezwzględnego „Drang nach Osten” i twardej polityki kolonizacyjnej, skierowanej przeciwko całej Europie. Jedną z ofiar tej polityki miała paść między innymi Polska, co jednak udało się na pewien czas powstrzymać dzięki rządom Prawa i Sprawiedliwości.

Kanclerz Merkel kierowała polityką naszych zachodnich sąsiadów przez 16 lat i wielu z obywateli Niemiec nawet nie pamięta czasów, kiedy rządził ktoś inny niż ona. A warto przypomnieć, że obecna „matka Niemców” wchodziła na scenę polityczną jako pochodzący z NRD outsider, doznający publicznych upokorzeń ze strony starszych kolegów z CDU. Naśmiewano się z jej kiepskiego gustu oraz, mówiąc łagodnie, „nienachalnej urody”. Dzisiaj, po 16 latach rządów z własnej woli odchodzi z polityki kobieta, którą można nazwać władczynią Republiki Federalnej. Co ciekawe, z odejściem Merkel prawdopodobnie zostanie powiązane wydarzenie bardzo smutne dla CDU, a mianowicie utrata dominującej pozycji politycznej przez tę partię. W wyborach, które mają się odbyć we wrześniu, zdecydowanym faworytem jest bowiem w tej chwili partia socjaldemokratyczna (SPD). I to ona w sojuszu z Zielonymi jest nie tylko głównym kandydatem do przejęcia władzy, ale sondaże pokazują, że obywatele najchętniej widzieliby objęcie rządów przez właśnie taki zielono-czerwony sojusz. Co ciekawe jednak, scena niemieckiej polityki jest w tej chwili tak podzielona, że możliwe są przeróżne konfiguracje rządowe. Niezależnie od nich, nawet w przypadku obecności w rządzie, partii chrześcijańskich demokratów nie uda się jednak zachować stanowiska kanclerza. Zwyczajowo wszystkie siły „głównego nurtu” w Niemczech odżegnują się tylko od dwóch stronnictw politycznych, a mianowicie od skrajnie prawicowej AfD oraz postkomunistycznej Die Linke i deklarują, że nie wejdą z nimi w rządowy sojusz. Wszelkie inne układy, a więc koalicje pomiędzy którymiś z czterech głównych partii (SPD, CDU/CSU, FDP oraz Zieloni) są już tylko kwestią negocjacji.