W najnowszym wydaniu:

01

Morderczy atak rekinów i pięćdziesiąt lat amerykańskich kłamstw

Na wodzie rozgrywały się dantejskie sceny – ludzie ginęli w paszczach rekinów, walczyli o miejsce na prowizorycznych tratwach, gdzie mieli większe szanse na ocalenie. Inni odpinali kamizelki, by po prostu utonąć, a nie ginąć w zębach żarłaczy. Mijały kolejne godziny, a ratunek nie nadchodził.

Ichtiolodzy są nimi zachwyceni. Znany z zajadłego antypolonizmu i z przerabiana na góry dolarów nawet kiepskich scenariuszy filmowych reżyser Steven Allan Spielberg zrobił im fatalną reklamę, Japończycy uwielbiają je na talerzu, a miłośnicy tzw. zdrowej kuchni grzmią, że są „nafaszerowane rtęcią”. Mowa oczywiście o rekinach. Okazuje się, że wśród różnych mrocznych wydarzeń II wojny światowej, w jednym z nich te ryby odegrały główną, złowrogą rolę. Tragiczne wydarzenie, które miało miejsce na Pacyfiku, swój finał znalazło dopiero w… 2000 roku. Jak to możliwe?
Druga wojna światowa była światowa, ponieważ toczyła się nie tylko w Europie i „okolicy”, ale także na Antypodach. Wszystko za sprawą włączenia się do wojny Japonii i Stanów Zjednoczonych. To, na ile japoński atak na Pearl Harbor był sprowokowany przez Amerykanów, to osobna kwestia. Faktem natomiast pozostaje, że Stany zarobiły na II wojnie ciężkie miliony, zanim „bohaterscy chłopcy” z tego kraju faktycznie zaczęli przelewać krew na plażach Normandii, dokąd wysłał ich otoczony sowieckimi agentami, stetryczały prezydent Roosevelt. W Europie mało znana jest także brutalność japońsko-amerykańskiego starcia na Pacyfiku i groza obozów koncentracyjnych, założonych przez Japończyków. Zwykle zapominany jest też fakt, że walki toczyły się tam także wtedy, gdy pod Berlinem umilkły już strzały.