W najnowszym wydaniu:

Latający Cyrk Monty Owsiaka

Trudno zrozumieć „fenomen Owsiaka” i jego Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy komuś, kto sam nie przeżył czasów narodzin III RP. A czasy były bardzo burzliwe, zaś dogadanie się komunistów z tak zwanym konstruktywnym skrzydłem „Solidarności” najmocniej kontestowali zbuntowani młodzi ludzie, krzyczący: „sowieci do domu” i ścierający się z oddziałami ZOMO. Trzeba było ten bunt jakoś skanalizować i podsunąć młodym „bezkompromisowego idola”, który odwróci ich uwagę od rzeczy istotnych. Do tego świetnie nadawało się resortowe dziecię Jurek Owsiak, synalek pułkownika Milicji Obywatelskiej i urzędniczki zatrudnionej w MO, a później w prokuraturze.

I tak w końcówce lat 80. XX w. powstała założona przez Owsiaka organizacja Towarzystwo Przyjaciół Chińskich Ręczników (T.P.Ch.R.). W 1991 r. Owsiak pojawił się na antenie TVP2 ze swoim programem: Róbta, co chceta, czyli rockandrollowa jazda bez trzymanki. W czasach, kiedy młodych polskich buntowników pałowało i zamykało w aresztach ZOMO, a społeczeństwo domagało się ich uwolnienia, Owsiak pojawił się na rynku w Jarocinie z hasłem Uwolnić słonia. Tak tamte czasy opisał w swojej książce pt. „Zwierzenia kontestatora”, legendarny wokalista zespołu TSA Marek Piekarczyk: Zapowiadałem koncerty z Jurkiem Owsiakiem, którego wówczas nikt nie kojarzył. Był to po prostu sympatyczny człowiek, który lubi rock and rolla. Wkurzał mnie jednak tymi chińskimi ręcznikami i durnym hasłem „Uwolnić słonia”. W mieście, które stało się enklawą buntu młodego pokolenia przeciw komunie i miejscem prawdziwego rockandrollowego protestu, on wygadywał bzdury i rozwadniał ten protest metodami wątpliwej jakości. Zrobił kpinę z protestu, z kontrkultury. Strasznie mi się wtedy naraził. Czemu nie organizował swoich akcji w Komitecie Centralnym PZPR albo pod Pałacem Kultury. (…) To miasto, które zaprzepaściło swoją wielką szansę stania się ważnym punktem na kulturalnej mapie świata. Trochę to robota Owsiaka, który napatrzył się na jarocińskie festiwale, a potem pojechał w 1994 roku do USA na festiwal w Woodstock i po powrocie zorganizował swój Przystanek Woodstock, gigantyczną masówę za pieniądze, które nazbierał. To megalomania, zadęcie i próba bicia rekordów, zupełnie dla mnie niezrozumiała. Nigdy tam nie byłem i jakoś mnie nie ciągnie, nie lubię imitacji i nostalgicznych pozorów.