W najnowszym wydaniu:

ORP „Burza” na wodach II wojny cz. II

O ile burtowe i rufowe miotacze bomb głębinowych wymagały, aby niszczyciel uprzedził ruch okrętu podwodnego, o tyle „jeże” pozwalały na atakowanie celu, który został dopiero wychwycony przez „azdyk” i znajdował się przed okrętem.

Po morderczej walce stoczonej nieopodal Calais w czerwcu 1940 r. z eskadrami niemieckich samolotów nurkujących Ju-87 „Stuka”, podczas której polski niszczyciel ORP „Burza” tylko cudem uniknął zatopienia, okręt wymagał gruntownego remontu. W czasie tych kilku tygodni sytuacja strategiczna w Europie i na świecie uległa diametralnej zmianie.

Zagrożenie Wielkiej Brytanii
Francja skapitulowała, pozostawiając Wielką Brytanię osamotnioną w walce z wydawałoby się niezwyciężonym Wehrmachtem. Do wojny po stronie Niemiec przystąpiły Włochy, które zagroziły nie tylko brytyjskim szlakom żeglugowym na Morzu Śródziemnym, ale również wszystkim brytyjskim posiadłościom na Bliskim Wschodzie. Stany Zjednoczone, choć sympatyzujące z Albionem, trzymały się doktryny neutralności i nie zamierzały włączać się do walki. Związek Sowiecki w dalszym ciągu pozostawał wiernym i użytecznym sojusznikiem dla niemieckiej machiny wojskowej. Większość Europy znajdowała się albo pod niemiecką okupacją, albo pod dyplomatyczną dominacją Berlina. Co najgorsze jednak, Wielka Brytania praktycznie nie posiadała armii lądowej, gdy tymczasem ledwie kilkadziesiąt kilometrów od jej brzegów gromadziły się niemieckie oddziały inwazyjne. W tym momencie jedyną nadzieją aliantów były niewielkie, lecz świetnie zorganizowane siły RAF oraz potężna Royal Navy. Bitwa o Anglię miała rozegrać się w przestworzach i na morzach, a w tej sytuacji każdy samolot, każdy pilot, każdy okręt i każdy marynarz był na wagę złota.