W wydaniu

Czy Maciej Stuhr podbije Hollywood?

Maciej Stuhr wyraźnie zwiększył swoją celebrycką aktywność, jak gdyby...

Wyjątkowy łajdak

Nie ma już żadnych wątpliwości, że Tusk ma Polaków...

Wendeta przeciwko Polsce

Patryk Jaki dla portalu wPolityce.pl o wniosku KE do...

Więźniowie nieszczepieni

Po wprowadzeniu stanu wojennego rząd przystąpił do brutalnej rozprawy...

Imperatorowa odchodzi, imperium zostaje

W Niemczech kończy się era kanclerz Angeli Merkel, a więc...

Dwadzieścia lat po 9/11

Mając na uwadze wspomnienia z 11 września i dowody z procesów terrorystów,...

Bycie autorytetem nakłada pewne obowiązki

ks. prof. Paweł Bortkiewicz, TChr, na antenie PCh24 TV:...

To oznacza likwidację państwa polskiego

Rafał Ziemkiewicz dla portalu RadioMaryja.pl: Mimo że mamy stosowne...

Wielka Brytania wyrywa się z kowidowego szaleństwa

Co prawda jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale jest...

Kasta nadzwyczajnych kretynów

Okazuje się, że satanista Adam Darski „Nergal” może spać...
Strona głównaWarszawska GazetaPolitykaPasmo klęsk, czyli polityka wschodnia w cieniu Rosji

Pasmo klęsk, czyli polityka wschodnia w cieniu Rosji

Polityka wschodnia III RP prowadzona jest w złowrogim cieniu Moskwy. Na tym odcinku wszystko podporządkowaliśmy „powstrzymywaniu Rosji”. Paradoksalnie być może to właśnie jest największym sukcesem… Rosji.

Polska polityka wschodnia to kroczenie drogą szczytnych, teoretycznych ideałów i równocześnie pasmo realnych klęsk. Porażki odnosimy zarówno w stosunkach z krajami Unii Europejskiej, jak i tymi pozostającymi poza Unią. I tak: na Litwie wciąż ograniczane jest polskie szkolnictwo, czemu Polska przez 32 lata nie potrafiła skutecznie przeciwdziałać (ewentualnie problem ten „odpuściła”, składając interes Polaków na Litwie na ołtarzu dobrych stosunków z antypolskim państwem litewskim). Ukraina zablokowała tzw. ekshumacje wołyńskie, nie szanuje polskiej wrażliwości historycznej, nawet lwy na Cmentarzu Obrońców Lwowa zakryto tandetnymi płytami. Z kolei na Białorusi reżim Łukaszenki wsadza do więzień działaczy tamtejszego Związku Polaków.

W każdej z powyższych kwestii polska dyplomacja pozostaje absolutnie bezradna. Rządy Litwy, Ukrainy i Białorusi mogą naszemu ministrowi spraw zagranicznych, a nawet Prezydentowi Rzeczypospolitej powiedzieć bezczelnie niczym szatniarz z „Misia”: Nie mamy pańskiego płaszcza i co Pan nam zrobi?

Problemem jest jednak nie tyle istniejąca sytuacja, co fakt, że polski rząd nigdy tak naprawdę nie chciał podjąć realnych kroków, aby ją zmienić. Postawił sobie bowiem inny priorytet: powstrzymywanie Rosji, a warunkiem takiego działania miało być – zgodnie z doktryną Jerzego Giedroycia – wspieranie tzw. państw buforowych, czyli Ukrainy i Litwy oraz „wyrywanie” Białorusi z objęć Moskwy.

Tydzień temu pisałem właśnie o Białorusi i i prześladowaniach, jakich doznają działacze tamtejszego Związku Polaków. Oczywiście w obecnej sytuacji mamy tylko jedną drogę – twarde (choć bezskuteczne) stawanie w ich obronie. Warto jednak zdać sobie sprawę, że na Białorusi obserwujemy obecnie skutek i porażkę polskiej polityki wschodniej. Jej celem było zawsze obalenie tamtejszego prezydenta Aleksandra Łukaszenki jako polityka prorosyjskiego i zastąpienie jego władzy koncesjonowaną przez Unię Europejską demokracją. Symbolem tego faktu jest, że ładowaliśmy i wciąż ładujemy publiczne pieniądze w nadającą po białorusku telewizję Biełsat, od zawsze wspierającą tamtejszą opozycję, zamiast np. robić telewizję po polsku, przeznaczoną dla Polaków z Białorusi.

To swoisty don kichotyzm polskiej polityki wschodniej, za nic mającej tzw. politykę realną. Jak głosi stare przysłowie: jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie, a na Białorusi – jak Polska Łukaszence, tak „baćka” Łukaszenko Polsce i Polakom. Tymczasem – śmiem twierdzić – w latach 2000-2010 mogliśmy na Białorusi ugrać znacznie więcej. Wystarczyło tylko realnie wykonać wobec Łukaszenki jakieś przyjazne gesty, uznać go za partnera, a nie za „chłopca do bicia” (czyli dyktatora do obalenia). On je wykonał – w latach 2000-2005 na Białorusi o zabytki kultury polskiej dbano lepiej niż na Ukrainie czy Litwie, pielęgnowano je z większym pietyzmem.

Wydaje mi się, że w pierwszych latach XXI w. Łukaszenka był gotów dopuścić polskie dziedzictwo jako część jeżeli nie oficjalnej, to przynajmniej w pełni akceptowalnej na Białorusi narracji historycznej. Bo „narodzinami narodu” białoruskiego i jego tożsamości Łukaszenka nie był zainteresowany, a 10-15 lat temu jeszcze sobie pozwalał na drażnienie niedźwiedzia (Putina). Wydaje mi się jednak, że strona polska absolutnie nie była taką drogą zainteresowana i nic nie zrobiła, żeby ją otwierać. Traktowała Łukaszenkę tak, jak później Janukowycza, chociaż z punktu realnych, pragmatycznych polskich interesów Janukowycz wydawał się lepszy niż Poroszenko. Jednak dla polskich elit zarówno Łukaszenka, jak i Janukowycz byli prorosyjscy, więc należało iść z nimi „na noże”, wybierać głupi i niepotrzebny maksymalizm, zapominając o realnych interesach oraz maksymie Józefa Piłsudskiego: romantyzm celów, pozytywizm środków.

W 2014 r. prof. Andrzej Romanowski opublikował w „Gazecie Wyborczej” tekst zatytułowany „Polska, Ruś i racja stanu”. Dzieje tego artykułu są niezwykłe: „Gazeta Wyborcza” usunęła go ze swoich stron internetowych i archiwum, kiedy w redakcji zorientowano się, że zawiera on tezy „nieprawomyślne”, czyli niezgodne z dogmatami polskiej polityki wschodniej. Co ciekawe, w archiwum „Wyborczej” zachowały się jednak polemiki z tekstem prof. Romanowskiego, ale sam tekst nie. Jest on jednak dostępny w innych źródłach internetowych.

Przypomnijmy w skrócie tezy prof. Romanowskiego. Dowodził on, że cała polityka wschodnia III RP oparta jest o paradygmat powstrzymywania Rosji jako państwa imperialnego. Tyle, że Rosja państwem imperialnym pozostaje, jeśli spojrzymy na nią z perspektywy polskiej. Z rosyjskiej perspektywy od 1989 r. jest imperium cofającym się i tracącym wpływy. Utraciła wschodnie Niemcy, Polskę oraz państwa dawnego bloku wschodniego, które dziś są członkami NATO. Utraciła także państwa bałtyckie, czyli „bliską zagranicę” – po 1945 r. republiki sowieckie, które dzisiaj również są w NATO. Zgłaszanie przez Ukrainę aspiracji do członkostwa w NATO oznacza przesunięcie się granic tego wrogiego Rosji sojuszu pod sam jej kordon – o kilka tysięcy kilometrów na wschód. Stąd tak bulwersujące polskie elity działania rosyjskie na Ukrainie dla samej Rosji są nie tylko imperialne, ale także obronne. Prof. Romanowski postawił tezę: „Polska po osiągnięciu celów strategicznych, czyli członkostwa w NATO i UE, nie powinna przyjmować wobec Rosji postawy konfrontacyjnej”.

Oczywiście 10 kwietnia 2010 r. stworzył nową sytuację. Rosja zawłaszczyła własność polskich sił zbrojnych – chodzi oczywiście o szczątki rozbitego pod Smoleńskiem tupolewa. To akt wrogi i w tej kwestii trudno nie być konfrontacyjnym. Wydaje się jednak, że polska dyplomacja bardziej zajmuje się sprawami np. konfliktu w Donbasie i w tej kwestii jest bardziej ostra wobec Rosji. Z tym, że wraku nie odzyskamy, pogodził się już chyba nie tylko minister Rau, ale i sam Jarosław Kaczyński.

Realnym postulatem wobec polskiej polityki wschodniej byłoby nie podporządkowywanie wszystkiego kwestii „powstrzymywania Rosji”. Owszem, powinniśmy twardo upominać się o zwrot szczątków tupolewa rozbitego na lotnisku Siewiernyj. Twardo działać przeciw oddaniu do użytku gazociągu Nord Stream 2, piętnując przy okazji brak europejskiej solidarności Niemiec oraz realny gospodarczo-polityczny sojusz Niemiec Merkel i Rosji Putina. Równocześnie jednak powinniśmy równie stanowczą politykę uprawiać wobec innych państw Wschodu i nie uzależniać jej od spraw rosyjskich. Skończyć z zasadą bezwarunkowego wsparcia „za bezdurno”.

Niestety, po pierwsze: takie formułowanie takich oczekiwań to rzucanie grochem o ścianę. Po drugie, na skuteczną politykę wschodnią może być już po prostu za późno.