W najnowszym wydaniu:

NABRANI NA BIEDNE DZIECI, CZYLI O WSCHODNIEJ GRANICY

Wykupowane wycieczki i wizy, które kosztują kilka tysięcy dolarów. Białoruskie służby przedmiotowo traktujące „wakacjuszy”, działania wręcz ocierające się o handel ludźmi. Wszyscy to wszystko wiedzą, ale mimo to dalej duża liczba osób nabiera się na płaczące i marznące dziecko.

W sytuacji na granicy mamy wiele osób, które określam jako „płatki śniegu”. Wygłaszają one swoje sądy, w których podkreślają, że wiedzą, że sytuacja na polskiej granicy to gra Rosji i Białorusi, ale mimo wszystko uważają, że ludziom, którzy już znaleźli się na granicy, trzeba pomóc. Zazwyczaj poprzez ich przyjęcie, przeprowadzenie procesu umożliwiającego staranie się o pobyt na terenie Polski, odesłanie tych, którzy tego procesu nie przeszli oraz zagrożenie Łukaszence, że więcej osób już nie przyjmiemy. Wierzę, że nie muszę Szanownym Czytelnikom wyjaśniać, jak bardzo naiwny jest każdy z tych punktów. Są też osoby, które uważają, że po prostu państwo polskie musi „coś” zrobić, bo nie można tych (w domyśle biednych) ludzi zostawiać samych sobie. Zrobić mamy „coś”, tylko nikt tego „coś” nie potrafi zdefiniować. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że dalej większość społeczeństwa nabiera się na biedne dzieci. Można pokazywać (co zresztą polskie służby zrobiły), jak powstają propagandowe filmy, na których małoletni są rzekomo traktowani gazem. Można przekazywać fakty, czyli całą drogę, jaką muszą przebyć „uchodźcy”, by dostać się na granicę Polski i Białorusi. Wykupowane wycieczki i wizy, które kosztują kilka tysięcy dolarów. Białoruskie służby przedmiotowo traktujące „wakacjuszy”, działania wręcz ocierające się o handel ludźmi. Wszyscy to wszystko wiedzą, ale mimo to dalej duża liczba osób nabiera się na płaczące i marznące dziecko.