W wydaniu

Katolicki wielki reset

Ostatnio przeprowadziłem kilka rozmów ze znajomymi księżmi z różnych środowisk....

Wiara w czasach zarazy

Czy za kilka, kilkadziesiąt lat będzie jeszcze komu chodzić...

NACJONALISTA KONTRA PROROK, CZYLI WYBÓR UKRAINY

Zapewne inaczej potoczyłaby się historia narodu ukraińskiego i stosunków...

Wrzawa nie tylko na Bliskim Wschodzie

Spoglądając na mapę obszaru postsowieckiego, ciężko nie dostrzec poszarpanych...

Łamanie ludzi

O zmianie podejścia do zasłania ust i nosa można napisać grubą...

AFA – Abstrakcyjny Felieton Aktualny

Dziś kurs ich – ściąć miliardy z UE!Wściek wsysa Borysa i rozpieraBudka...

Sędziowską Kastę toczy gangrena

Trzeba bić na alarm, ponieważ weszliśmy w Polsce w taki czas,...

Wielki Reset – teoria spiskowa czy agenda globalistów?

Wszelkie głosy mówiące o Wielkim Resecie, a więc w...

Wezwani do tablicy

Nie wiem, czy Państwo zauważyli, ale w ostatnim czasie zdecydowanie...

Kultura amerykańska wyklucza chrześcijan?

Przedmiotem ataków stały się chrześcijańskie organizacje charytatywne, w tym agencje...

Ponura rocznica

Powtarzam: Smoleńsk to nie jest prywatna, polityczna zabawka Antoniego Macierewicza ani nawet Jarosława Kaczyńskiego. To sprawa nas wszystkich. To kwestia prestiżu i pozycji międzynarodowej polskiego państwa. Tymczasem wszystko wskazuje na to, że wciąż mamy państwo z dykty i paździerza, a jego organy z ewidentnie politycznych przyczyn tchórzliwie unikają tej sprawy jak ognia.

I. Nienawistne szambo
Tegoroczna, jedenasta już rocznica tragedii smoleńskiej, wybrzmiała dwoma ponurymi akcentami. Akcent pierwszy, to tradycyjna już małpiarnia, którą postanowiła urządzić totalna opozycja – zarówno ta parlamentarna, jak i uliczna. Na tę okoliczność uaktywnił się polityczny troll Donald Tusk, który na antenie TVN24 wprost zarzucił śp. Lechowi Kaczyńskiemu doprowadzenie do katastrofy i wywieranie „politycznej presji” na pilotów. W podobnym tonie wypowiedział się Leszek Miller, pisząc na Twitterze, iż „ludzie w tym samolocie dzielili się na tych, którzy mogli wszystko i którzy nie mogli niczego”, co skwapliwie podchwycił smoleński hejter Waldemar Kuczyński, dodając „Tam był tylko JEDEN TAKI CZŁOWIEK – Lech Kaczyński. I on proszony przez pilota o decyzję, bo nie można lądować nie tylko jej nie podjął, ale pilota zostawił pod presją Błasika. A wystarczyły dwa słowa »Pan decyduje« i by żyli. LK to właściwie główny sprawca tej tragedii”. Na powyższe nałożyły się próby zakłócania uroczystości na placu Piłsudskiego utrzymane w typowo palikociarskim duchu. Słowem, nienawistne szambo znów wybiło. Cóż, każde plemię ma własną tradycję – oni mają akurat taką.
Ale… Jak to wszystko w nich siedzi. Jak ich ten Smoleńsk uwiera, jak nienawidzą samego wspomnienia… Trwa to od pierwszych chwil po 10 kwietnia 2010 r., kiedy na widok tłumów przed Pałacem Prezydenckim tutejsze łże-elity ogarnęło jakieś atawistyczne przerażenie. W tamtych dniach z wyjątkową ostrością ujawnił się maskowany na co dzień strach przed własnym narodem. Mentalne wykorzenienie. Słowom o „triumfie Tanatosa”, „mrocznych wyziewach polskiego pseudo-mesjanizmu”, „funeralnym widowisku” (Agata Bielik-Robson) czy formułowanemu expressis verbis lękowi przed „demonami polskiego patriotyzmu” (Grzegorz Miecugow) towarzyszyły knajackie dowcipy Palikota o „kaczce po smoleńsku” i „krwawej Mary”, banner z hasłem „Zimny Lech” zawieszony naprzeciw Wawelu oraz podbechtane listem Andrzeja Wajdy i Krystyny Zachwatowicz demonstracje przeciw wawelskiemu pochówkowi pary prezydenckiej, współorganizowane przez ówczesnego szefa biura eurodeputowanej PO Róży Thun. Wszystko w atmosferze medialnych „wrzutek” o trzech podejściach do lądowania, „jak nie wyląduję, to mnie zabije”, pijanym gen. Błasiku w kokpicie – zapewne zainspirowanych ujawnionym przez gen. Petelickiego SMS-em z „przekazem dnia”, wysłanym tuż po katastrofie z Kancelarii Premiera: „Katastrofę spowodowali piloci, którzy zeszli we mgle poniżej 100 metrów. Do ustalenia pozostaje, kto ich do tego skłonił”. Wg Petelickiego jego autorem miał być ktoś z trójki Donald Tusk – Tomasz Arabski – Paweł Graś. Być może właśnie za to generał zapłacił niewyjaśnioną do tej pory śmiercią z rąk „seryjnego samobójcy” (©Seawolf), który w posmoleńskich latach systematycznie usuwał niewygodnych świadków i ekspertów.


II. „To co nas podzieliło”…
W kolejnych miesiącach byliśmy świadkami najbrudniejszej operacji socjotechnicznej w dziejach III RP, mającej na celu rozbicie narodowej wspólnoty na dwa zwalczające się plemiona, której skutki odczuwamy do dziś. Na ojkofobiczne emocje wykorzenionych, postkolonialnych elit, nałożył się zwierzęcy strach rządzącej ekipy z Donaldem Tuskiem na czele przed polityczną i karną odpowiedzialnością – w tym, za podjęcie z reżimem Putina gry przeciw głowie własnego państwa, mającej skutkować obniżeniem rangi wizyty i ośmieszeniem prezydenta Lecha Kaczyńskiego (pamiętne tajne spotkanie Tomasza Arabskiego w Moskwie z wiceszefem administracji Putina Jurijem Uszakowem 17 marca 2010 r.) oraz ostatecznym „poderwaniem godnościowych podstaw tej prezydentury”, jak wcześniej scharakteryzował swoje polityczne zadanie Janusz Palikot. Donald Tusk nie przewidział jednego – że to, co w jego zamyśle miało być zwieńczeniem trwającego od lat przemysłu pogardy, zostanie przez Rosjan wykorzystane do ostentacyjnej demonstracji siły, jaką była likwidacja polskiej elity państwowej. Nie wątpię więc, że potworny finał tej rozgrywki sprawił, iż ścierpła mu skóra. Stąd natychmiastowe oddanie śledztwa Rosji i późniejszy festiwal kłamstw na temat współpracy (Ewa Kopacz raczej sama nie wymyśliłaby bajki o wspólnych sekcjach zwłok i ziemi przekopywanej „na metr w głąb”), czy haniebny zakaz otwarcia przysłanych z Rosji trumien i sabotowanie późniejszych ekshumacji.
To wszystko trzeba było jakoś przykryć, toteż przemysł pogardy rozpętano na nowo – jak zwykle profesjonalnie, pod nadzorem służb – wywołując awanturę o Krzyż na Krakowskim Przedmieściu. Wykreowano w tym celu postać Dominika Tarasa – uosobienie „młodych z fejsbuka”, reprezentujących jakoby lepszą, młodszą, nowocześniejszą Polskę. Sam Taras doczekał się zaszczytu w postaci obszernego wywiadu dla „Gazety Wyborczej” przeprowadzonego przez Agatę Nowakowską i Dominikę Wielowieyską. Ci „fajnopolacy” rychło pokazali, na co ich stać, a krzyż z puszek po piwie „Lech” był zaledwie preludium do późniejszych, upiornych dni i nocy przed Pałacem Prezydenckim, z udziałem prowokatorów po obu stronach (Andrzej Hadacz, „Joanna spod krzyża”, Zbigniew S. ps. „Niemiec” – sutener, gwałciciel i szef gangu szantażystów senatora Krzysztofa Piesiewicza, wypuszczony na tę okazję z aresztu) i przy nakazanej odgórnie bierności policji.
Przypomnijmy głos bezpośredniego uczestnika tamtych wydarzeń: „Stoję już czwartą noc pod krzyżem pod pałacem prezydenckim. To, czego tam doświadczamy, przechodzi granice wszelkich wyobrażeń. Oto tylko ułamki tego, co dzieje się co noc: około 21:00 przychodzi ks. Małkowski i wspólnie ze zgromadzonymi tam wiernymi odmawiamy apel jasnogórski. Z pobliskiego Gesslera (wino, wódka, piwo wszystko za 4 zł) natychmiast przybliża się grupa około 60 osób, podpitych, z nową prowokacją. Wciskają się między stojących tam ludzi i tubalnymi wrzaskami skutecznie zakłócają każde słowo modlitwy. Okrzyki są niewybredne: „precz z krzyżem”, „zimny Lech na krzyż”, „krzyż do kościoła”, wszystko obficie okraszone przekleństwami: k…, h…, pierd…, kut… i inne. Wrzaski nasilają się i łączą tak, że nie słychać ani jednego słowa kapłana (…)”.
Dodajmy, iż Krzyż stał się celem nocnych wycieczek warszawskiego celebryctwa, czego symbolem stało się zdjęcie aktoreczki Anny Muchy tonącej w objęciach wspomnianego Zbigniewa S. Równolegle, media nasładzały się „radosnym Hyde Parkiem”. Innym obrazem typowym dla operacji zadeptywania pamięci stały się interwencje MPO sprzątającego na polecenie Hanny Gronkiewicz-Waltz składane na trotuarze znicze i kwiaty oraz brutalne najazdy Straży Miejskiej na namiot „Solidarnych 2010”.
Cała ta ohyda odcisnęła się trwałym piętnem nie tylko w naszej świadomości, lecz również tych opisanych na wstępie, wyjących dziś na samo wspomnienie Smoleńska, potępieńców. Pamięci bowiem nie udało się zadeptać, a sprawa tragedii z 10 kwietnia 2010 wciąż do nich powraca, niczym przypominający o swych krzywdach wąpierz, który nie doczekał się sprawiedliwości. I dlatego właśnie, pomimo upływu 11 lat, tak się co roku ciskają, a wcześniej do nienawistnego amoku doprowadzały ich kolejne miesięcznice. „To co nas podzieliło – to się już nie sklei”…

III. Sprawa podkomisji smoleńskiej
Jest jednak i druga strona medalu, sprawiająca, że akurat tę rocznicę witałem w wyjątkowo ponurym nastroju. Chodzi o to, co ze Smoleńskiem zrobiono przez ostatnie lata. Na początku marca przecierałem oczy, widząc na stronach portalu Gazeta.pl wywiad z Magdaleną Mertą, wdową po wiceministrze kultury Tomaszu Mercie.
Magdalena Merta należy do grona tych bliskich ofiar, którzy od samego początku aktywnie zaangażowali się w sprawę wyjaśnienia tragedii – jeszcze w czasach zespołu parlamentarnego pod przewodnictwem Antoniego Macierewicza. Jeżeli ktoś taki idzie do mediów „Agory”, to znaczy, że sytuacja jest naprawdę fatalna. Z wywiadu Magdaleny Merty wyłania się przygnębiający obraz funkcjonowania podkomisji smoleńskiej. Nieprzejrzystość działań (dziś nie wiadomo nawet, jaki jest skład podkomisji), dziwne rozgrywki personalne, brak inicjatywy w sprawie sprowadzenia wraku Tupolewa… Magdalena Merta wprost mówi o swym rozczarowaniu, o zazdrości, z jaką patrzyła na sprowadzenie przez Holandię samolotu zestrzelonego nad Donbasem – podkreślając przy tym, że takich rodzin jest więcej (niedawno na krytykę Macierewicza zdecydował się również ojciec śp. Przemysława Gosiewskiego). Otwartym tekstem stwierdziła przy tym, że „nie wierzy w badanie przyczyny rozbicia samolotu bez samolotu”. Sednem wywiadu jest apel do Ministerstwa Obrony Narodowej, któremu podlega podkomisja, o przeprowadzenie audytu jej działalności. To jest naprawdę ciężki kaliber, jednoznacznie świadczący o utracie zaufania. Słowa Magdaleny Merty pokrywają się zresztą w znacznej mierze z zarzutami formułowanymi na łamach tygodnika „Sieci” przez Glenna Jorgensena. O tym, że wokół Smoleńska i podkomisji toczy się jakaś walka buldogów pod dywanem, mogliśmy się zresztą przekonać przy okazji nagłego odwołania emisji filmu Ewy Stankiewicz (prywatnie żony Jorgensena) „Stan zagrożenia” w TVP. Nieoficjalnie wiadomo, że stało się to na skutek interwencji samego Macierewicza.
Lecz wywiad Magdaleny Merty był zaledwie początkiem. Tuż po rocznicy Gazeta.pl opublikowała bowiem taśmy z nagraniami z dwóch spotkań rodzin z Macierewiczem w lutym i marcu 2018 r. Rozumieją Państwo? Niektórzy już trzy lata temu mieli na tyle dość, że dokumentowali wypowiedzi Macierewicza i w desperacji poszli z nimi do „Wyborczej”. Z nagrań wynika, iż Macierewicz wbrew złożonym obietnicom zlekceważył prośby i żądania rodzin, by: 1) nie publikować „cząstkowych” i „technicznych” raportów, tylko jeden, całościowy, po zakończeniu prac; 2) nie usuwać nikogo z podkomisji nawet w przypadku różnicy zdań; 3) regularnie spotykać się z rodzinami. Znamienna jest atmosfera drugiego spotkania, podczas którego wprost zarzucono Macierewiczowi i członkom podkomisji epatowanie niesprawdzonymi sensacjami (głównie na łamach „Gazety Polskiej”) i nieudacznictwo. Charakterystyczna jest tu wypowiedź Magdaleny Merty, która na kolejną teorię, jakoby do eksplozji doszło za sprawą zamontowanych w skrzydle Tupolewa „pasków wybuchowych”, reaguje słowami: „Mówi pan minister o pasku wybuchowym, a nawet pan go zwymiarował, bo też – jak rozumiem – nie mamy ani kawałka tego paska”. Komentarz zbędny.
W jedenastą rocznicę tragedii zamiast filmu Ewy Stankiewicz TVP wyemitowała znany od kilku miesięcy filmowy „raport” z dotychczasowych prac podkomisji. Obejrzałem. To jest, krótko mówiąc, jakaś „docu-drama” nadająca się co najwyżej do wyświetlenia w kanale typu „Discovery”, a nie do zaprezentowania jako koronny dowód w sprawie największej tragedii po II wojnie światowej, w wyniku której zginęła państwowa elita z prezydentem na czele. Dużo komputerowych symulacji sporządzonych na podstawie poszlak, trochę analiz laboratoryjnych, wykrywających ślady materiałów wybuchowych (i tak, jest też mowa o „paskach wybuchowych”, które zdenerwowały Magdalenę Mertę – czysta spekulacja). Nawet jeżeli dochowano kanonów sztuki, to bez wraku można to wszystko podważyć. Tym bardziej, że nie możemy mieć pewności, czy Macierewicz ze swoimi ekspertami nie uprawiają tzw. cherry-pickingu pod z góry założoną tezę, pomijając poszlaki, które mogłyby wskazywać na inne przyczyny katastrofy.
To, że raport Tatiany Anodiny i MAK-u był kłamstwem – wiemy. To, że raport komisji Millera był tylko z lekka uładzonym wariantem wersji rosyjskiej, szytym na polityczne zamówienie Tuska – również. Co stało się naprawdę – domyślamy się, ale nie mamy w ręku twardych dowodów, a jedynie garść hipotez, sformułowanych na podstawie poszlak. Filmów można sobie montować wiele, lecz oficjalnego raportu z ostatecznymi wnioskami i podpisami konkretnych, firmujących je osób, wciąż brak.

IV. Macierewicz musi odejść
Mamy zatem kuriozalną sytuację. Podkomisja smoleńska – jak by nie patrzeć, oficjalny organ państwowy – formułuje najcięższe możliwe zarzuty (skoro były dwa wybuchy, to mamy do czynienia z zamachem, inaczej tego interpretować nie sposób), a polskie państwo udaje, że nie słyszy. Przecież sami siebie w ten sposób ośmieszamy. Kolejna rzecz: Polska po 2015 r. nie kiwnęła palcem, by cokolwiek realnego w sprawie Smoleńska zrobić. Ujmę to tak: nie interesują mnie hipotezy i spekulacje oraz wideoprezentacje na jakichś filmikach. Mam powyżej uszu „rekonstrukcji”, tudzież komputerowych animacji na podstawie teoretycznych wyliczeń i szczątkowych przesłanek. Mam gdzieś kolejne medialne rewelacje, jako żywo przypominające lustrzane odbicie niesławnych „wrzutek” TVN-u, którymi jesteśmy karmieni od jedenastu lat (pamięta ktoś jeszcze hel, bombę termobaryczną, sztuczną mgłę, meaconing i występy mecenasa Rafała Rogalskiego?). Interesują mnie konkretne działania i twarde dowody.
Pora więc zapytać: czy podkomisja albo jakikolwiek inny organ państwa polskiego zwrócił się do Amerykanów i NATO o udostępnienie zdjęć satelitarnych ze Smoleńska? To, że lotnisko Siewiernyj było pod obserwacją, można założyć w ciemno, korzystał bowiem z niego rosyjski handlarz bronią Wiktor But, będący z tego tytułu obiektem intensywnego zainteresowania zachodnich służb. A więc: zwrócono się o te zdjęcia, ew. inne materiały, pochodzące np. z nasłuchu elektronicznego? Jeżeli nie, to dlaczego? Jeżeli tak, co nam odpowiedziano? Przypomnę, że w 2011 r. o takie informacje zwrócił się nieformalnie do rezydującego w amerykańskiej ambasadzie agenta FBI prokurator Marek Pasionek i wówczas FBI było skłonne do współpracy. TO SĄ ISTOTNE RZECZY, a nie jakieś „paski wybuchowe”, wzięte nie wiadomo skąd.
Idźmy dalej. Na jakim etapie jest śledztwo w sprawie organizacji lotu, przestępstw urzędniczych, zdrady dyplomatycznej, znikających dokumentów, wreszcie – ofiar „seryjnego samobójcy”? Ktoś, coś? Jedynym, który dotąd został skazany – i to na jakieś śmieszne zawiasy za niedopełnienie obowiązków służbowych – został Tomasz Arabski, a i to wyłącznie dzięki determinacji rodzin ofiar.
Włodzimierz Cimoszewicz stwierdził swojego czasu, że polskie państwo potraktowało katastrofę smoleńską jak włamanie do garażu na Pradze – i stary komuch miał rację. Problem w tym, że obecna władza traktuje sprawę Smoleńska dokładnie tak samo – z wyjątkiem stawiania pomników i organizowania dorocznych uroczystości. Józef Mackiewicz pisał, że „optymizm nie zastąpi nam Polski”. Trawestując, można powiedzieć, że oficjalne celebry i pomniki nie zastąpią nam rzetelnego śledztwa i stanowczych działań dyplomatycznych oraz aktywności służb specjalnych. Podkomisja smoleńska natomiast nie może być prywatnym folwarkiem Antoniego Macierewicza, ustawiającego się w roli samozwańczego i jedynego „dysponenta tematu”.
Powtarzam: Smoleńsk to nie jest prywatna, polityczna zabawka Antoniego Macierewicza ani nawet Jarosława Kaczyńskiego. To sprawa nas wszystkich. To kwestia prestiżu i pozycji międzynarodowej polskiego państwa. Tymczasem wszystko wskazuje na to, że wciąż mamy państwo z dykty i paździerza, a jego organy z ewidentnie politycznych przyczyn tchórzliwie unikają tej sprawy jak ognia.
Nie wierzyłem, że kiedykolwiek to napiszę, ale Macierewicz musi odejść. Ma swoje niepodważalne zasługi, które zostaną mu zapamiętane. W dużej mierze to dzięki niemu nie udało się zadeptać pamięci o Smoleńsku i był to jego chwalebny czas. Teraz jednak stał się odklejonym od rzeczywistości ambicjonerem i sensatem, który na dodatek traktuje podkomisję jako ostatnie polityczne narzędzie, pozwalające mu co jakiś czas przypominać o swym istnieniu. Swojego czasu śp. prof. Bogusław Wolniewicz w jednym ze swych internetowych nagrań nazwał Macierewicza „szkodnikiem”. Wówczas sądziłem, że leciwy profesor przesadził. A jednak nie. Wiedział, co mówi. Macierewicz – świetny jako polityczny zagończyk – okazał się organicznie niezdolny do normalnej, konstruktywnej pracy.
Polskie państwo musi wreszcie stanąć na wysokości zadania, inaczej Smoleńsk na zawsze pozostanie nie tyle drugim Katyniem, ile drugim Gibraltarem.