W najnowszym wydaniu:

01
Warszawska Gazeta

Polexit – mapa drogowa wstęp do debaty

Paradoksalnie może się okazać, że „mapa drogowa polexitu” zabezpieczy nas przed ostatecznością, jaką pozostaje wyjście z UE, i skłoni unijne elity do bardziej konstruktywnego podejścia i poszanowania naszych interesów.

I. „Mapa drogowa”
to konieczność!

Jak stali Czytelnicy „Warszawskiej Gazety” wiedzą, od lat apeluję, by rząd stworzył „mapę drogową” na wypadek konieczności opuszczenia przez Polskę Unii Europejskiej. Tymczasem w relacjach z Brukselą obserwujemy niestety brak jakiejkolwiek spójnej polityki, co przekłada się na kolejne porażki i polskie ustępstwa, bezwzględnie wykorzystywane przeciw nam przez unijnych mandarynów. Ten brak konsekwencji dostrzegany jest również w szeregach Zjednoczonej Prawicy, a stosunki z UE zaczęły stanowić istotną oś wewnętrznych debat i sporów. Prócz wystąpień polityków Solidarnej Polski w ostatnim czasie szerokim echem odbiły się krytyczne głosy eurodeputowanych, takich jak profesorowie Zdzisław Krasnodębski czy Ryszard Legutko. W podobnym duchu od dawna wypowiada się Jacek Saryusz-Wolski, jak również – od pewnego czasu – Jarosław Kaczyński.

Dlaczego opracowanie „mapy drogowej” na wypadek polexitu jest niezbędne?

Po pierwsze – zmusza nas do tego sama Bruksela z Berlinem w tle, dążąc wbrew swym umocowaniom traktatowym do przekształcenia Unii Europejskiej w federalne superpaństwo pod niemieckim kierownictwem. W takim tworze Polska zostałaby sprowadzona do roli podrzędnej prowincji – i właśnie dlatego jesteśmy poddawani systematycznym naciskom zmierzającym do maksymalnego okrojenia naszej suwerenności ustrojowej, politycznej i gospodarczej. Wkrótce może się okazać, że w tak zaprojektowanej Unii zwyczajnie nie ma dla nas miejsca, jeśli myślimy o przyszłości Polski w takich kategoriach, jak suwerenność i podmiotowość. Dlatego należy mieć plan awaryjny – chociażby po to, by uniknąć konwulsji brexitu. Przypominam, że Wielka Brytania przystąpiła do „negocjacji rozwodowych” z UE kompletnie nieprzygotowana, co na samym wstępie znacząco osłabiło jej pozycję przetargową. Warto wyciągnąć z tego wnioski.

Po drugie – sformułowanie takiego strategicznego dokumentu byłoby zarazem określeniem ramowej wizji naszej polityki europejskiej w najbliższych latach. Wyznaczeniem granic – gdzie możemy pójść na ewentualny kompromis, a gdzie zaczyna się nasze non possumus, którego przekroczenie zagraża fundamentalnym interesom Polski, z niepodległym bytem państwowym na czele. To samo w sobie porządkowałoby naszą politykę zagraniczną, cierpiącą dziś na chroniczne, doraźne lawiranctwo i brak jasno wyznaczonych celów. Byłby więc to dokument o walorze doktrynalnym – a właśnie wyraziście sformułowanej doktryny państwowej rozpaczliwie wręcz nam brakuje, za co płacimy na każdym kroku nadmiernymi ustępstwami wobec różnorakich nacisków.