W najnowszym wydaniu:

01
Warszawska Gazeta

Głębokie państwo jako szkodnik

Światowe przywództwo przejęli ludzie o sposobie widzenia świata, jaki mają pacjenci zakładów psychiatrycznych, i to ci, którzy w dzieciństwie wydłubywali misiom i lalkom oczy i strzelali ze skobla do wałęsających się po podwórkach dzikich kotów i psów.

Zjawisko określane jako głębokie państwo (deep state) niszczy nasze życie społeczne oraz polityczne od wielu lat. Sam termin „deep state” spopularyzowały tweety prezydenta Donalda Trumpa, który, przynajmniej deklaratywnie, wydał walkę głębokiemu państwu. Czym ono jest? Generalnie mówiąc, jest to spora garść kolesiów o pozycji i wpływach międzynarodowych, która bazując na naszych kompleksach, tendencjach do owczego pędu i instynkcie samozachowawczym, mówiącym: „po pierwsze nie wychylać się”, zaczyna robić z nami, co chce. Tych ludzi nikt nie wybierał, sami się do tej roli nadzorców świata wybrali. Proces „wyborczy” trwał długo, pewnie z kilka dekad, ale jak już się zakończył, to efektami naprawdę wybornymi. Oczywiście dla nich, nie dla nas. Bo dla nas to akurat nastały bardzo ciężkie czasy. A co na to nasi przywódcy? Ci, których rzekomo wybraliśmy? Skaczą przed nimi z gałęzi na gałąź, bo to miernoty. I wiedzą, kto z nich „zrobił ludzi”, jak pisze red. Michalkiewicz. Od dawna w naszej ojczyźnie nie było rozumnego przywódcy. Wydawało się przez czas jakiś, że jeden się uchował. Ale gdzie tam. Już dawno zeszło z niego powietrze. Fakt, że podobne problemy z przywództwem ma cały świat, stanowi marną pociechę.