W wydaniu

Czy Maciej Stuhr podbije Hollywood?

Maciej Stuhr wyraźnie zwiększył swoją celebrycką aktywność, jak gdyby...

Wyjątkowy łajdak

Nie ma już żadnych wątpliwości, że Tusk ma Polaków...

Wendeta przeciwko Polsce

Patryk Jaki dla portalu wPolityce.pl o wniosku KE do...

Więźniowie nieszczepieni

Po wprowadzeniu stanu wojennego rząd przystąpił do brutalnej rozprawy...

Imperatorowa odchodzi, imperium zostaje

W Niemczech kończy się era kanclerz Angeli Merkel, a więc...

Dwadzieścia lat po 9/11

Mając na uwadze wspomnienia z 11 września i dowody z procesów terrorystów,...

Bycie autorytetem nakłada pewne obowiązki

ks. prof. Paweł Bortkiewicz, TChr, na antenie PCh24 TV:...

To oznacza likwidację państwa polskiego

Rafał Ziemkiewicz dla portalu RadioMaryja.pl: Mimo że mamy stosowne...

Wielka Brytania wyrywa się z kowidowego szaleństwa

Co prawda jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale jest...

Kasta nadzwyczajnych kretynów

Okazuje się, że satanista Adam Darski „Nergal” może spać...

Kroniki tygodniowe: ziarna i plewy

Fundusz Odbudowy przyjęty przez Sejm. Śmieszy mnie bardzo porównywanie go do Planu Marshalla. Plan Marshalla był bezzwrotną pomocą zewnętrzną, wsparciem pochodzącym z innego państwa, z innego kontynentu. Unia Europejska sama sobie, z własnych pieniędzy ustanawiając Fundusz Odbudowy, przypomina barona Munchausena, który wyciągnął sam siebie z bagna, ciągnąc się… za włosy.

Za przyjęciem Funduszu Odbudowy w polskim Sejmie głosowało 290 posłów. Są komentatorzy gotowi widzieć w tym taktyczne zwycięstwo Jarosława Kaczyńskiego, który pozyskał głosy posłów lewicy (nazwę „lewica” świadomie i konsekwentnie piszę małą literą – oni na wielką literę po prostu nie zasługują). W ten sposób Kaczyński „rozbił” jedność totalnej opozycji i utarł nosa Platformie Obywatelskiej z jej przewodniczącym „gnomem Gomułką”, czyli Borysem Budką na czele.

Można cieszyć się, że szklanka jest do połowy pełna. Ale można również trzeźwo zauważać, że szklanka jest do połowy pusta. Nie odczuwam żadnej satysfakcji z powodu polityczno-taktycznych umiejętności Kaczyńskiego, który do głosowania za ratyfikacją Krajowego Planu Odbudowy pozyskał głosy lewicy. Równocześnie bowiem nie przekonał do tego własnych koalicjantów z Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobry, a to oznacza, że Zjednoczona Prawica jest coraz mniej zjednoczona. W ważnych (przedterminowych) wyborach prezydenta Rzeszowa Zjednoczona Prawica wystawia dwóch osobnych kandydatów (PiS Ewę Leniart, SP – Marcina Warchoła, popieranego przez dotychczasowego prezydenta Tadeusza Ferenca). Teraz doszło do rozłamu w ważnym głosowaniu w sejmie.

To pęknięcie Jarosław Kaczyński „zaklajstrował” głosami lewicy. W polityce liczy się efekt końcowy, ale środki, jakimi go osiągnięto, mogą budzić niesmak. Pamiętajmy, że sejmowa lewica to resztki starych, ponurych komunistów oraz groźna fronda nowych, młodych eurolewaków. Wchodzić z nimi w alianse nie jest ani eleganckie, ani przyzwoite. Taka sytuacja powinna niepokoić, bo a nuż w przyszłości Kaczyńskiemu przyjdzie do głowy szukać sojuszu z lewicą także w innych sprawach…? W polityce nie ma żadnego wsparcia za darmo. Sprawa nieszczęsnej „piątki dla zwierząt” i forsowanego przez najbliższe otoczenie „Kaczora” zakazu hodowli zwierząt futerkowych pokazała, że w pewnych kwestiach PiS i lewica mówią jednym głosem i okazują się sobie bliskie. To źle świadczy o niektórych pomysłach partii Jarosława Kaczyńskiego.

Wstosunku do Krajowego Planu Odbudowy zastrzeżenia miała nie tylko Solidarna Polska Zbigniewa Ziobry, ale także dwie posłanki klubu PiS wywodzące się ze stowarzyszenia „Republikanie”. Jedna z nich, Anna Maria Siarkowska tak wytłumaczyła swoją decyzję: „Głosowałam przeciwko ratyfikowaniu ustawy o zasobach własnych UE, powiązanej z tzw. Krajowym Planem Odbudowy, bo jestem za polską racją stanu. 1. Jestem przeciwna obciążaniu Polaków nowymi podatkami, które będą szły bezpośrednio do budżetu UE. 2. Jestem przeciwna temu, by UE była sfederalizowanym superpaństwem, z niezależnym od składek państw członkowskich budżetem. 3) Opowiadam się za koncepcją UE jako Europy Ojczyzn. Dotychczas postulat ten był również elementem programu Prawa i Sprawiedliwości”.

Podsumowując wątek Funduszu Odbudowy: po pierwsze, nie należy przeceniać jego znaczenia; jeśli są pieniądze do wzięcia, warto je brać (byle później mądrze zainwestować, a nie przetrwonić na konsumpcję). Z drugiej strony, nie należy także demonizować jego przyjęcia. Po trzecie wreszcie – pamiętać należy o kwestii najważniejszej: w polityce i w życiu nie ma nic za darmo. Za darmo dają jedynie Pan Bóg i rodzice (miłość) oraz Polska – pieniądze i wsparcie (Ukrainie).

Agresja i histeria totalnej opozycji oraz „Gazety Wyborczej” nie mają ani umiaru, ani granic. Mimo to ich kolejne wyskoki wciąż potrafią mnie zadziwić. Obecnie trwa histeria związana z wyborem Beaty Szydło do Rady Muzeum Auschwitz. Po ogłoszeniu tej nominacji „Wyborcza” rozpętała nagonkę. Oto początek jednej z ostatnich publikacji w tej sprawie: „Powołanie premier Beaty Szydło w skład Rady Muzeum Auschwitz jest nie tylko wstydem dla Muzeum, ale także obrazą pamięci śp. Ofiar Holocaustu i ich rodzin – pisze wnuczka więźnia Auschwitz w liście do ministra Glińskiego”.

Oczywiście – zawsze można znaleźć wnuczkę więźnia Auschwitz, która napisze odpowiedni list odpowiadający na zapotrzebowanie redakcji z ulicy Czerskiej. Podejrzewam, że wśród wnuków więźniów Auschwitz dałoby się znaleźć również takiego, który coś ukradł albo spowodował po pijanemu wypadek samochodowy, bo na losy i wybory, jakich dokonają wnukowie po 50 latach, dziadkowie nie mają najmniejszego wpływu. Narracja „Wyborczej” brzmi: Beata Szydło nie ma kompetencji, aby zasiadać w Radzie Muzeum Auschwitz. Otóż ma – po pierwsze jest byłym premierem (na dodatek takim, który nie odszedł skompromitowany), po drugie jest związana rodzinnie z ziemią, na której Niemcy zbudowali obóz zagłady Auschwitz. Co więcej, obecność Beaty Szydło w Radzie Muzeum Auschwitz dodaje jej prestiżu. Tyle, że chodzi o prestiż nie pani premier, lecz instytucji, jaką jest Muzeum Auschwitz.
Nigdzie nie jest powiedziane, że do jej rady powinni być desygnowani tylko naukowcy, byli więźniowie i przedstawiciele środowisk żydowskich. Ale rozumiem, że według „Gazety Wyborczej” w Radzie Muzeum Auschwitz mają moralne prawo zasiadać tylko te osoby, które otrzymają pisemną rekomendację od red. Seweryna Blumsztajna, Dawida Warszawskiego i Michnika. Adama albo chociaż Stefana.

Urodzony w Knurowie na Górnym Śląsku literat Szczepan Lech Twardoch (podpisując swoje książki, nie używa drugiego imienia) ogłosił, że nie jest Polakiem, lecz Ślązakiem. Cóż, zdolniacha niemal jak Joseph Conrad – wszystkie książki pisze w języku obcym. Na dodatek to także człowiek nieszczęśliwy: Conrad pisał po angielsku, mieszkając w Wielkiej Brytanii, gdzie znalazł drugą ojczyznę, a taki Szczepan Lech Twardoch musi pisać w języku okupanta, bo dla sympatyków Ruchu Autonomii Śląska Polska jest raczej okupantem i małpą, która popsuła „śląski zegarek”.

Ale po kolei. 5 maja portal Wirtualna Polska – Książki poinformował: „»Król« Szczepana Twardocha – w tłumaczeniu Seana Gaspera Bye’a – znalazł się wśród finalistów nagrody literackiej EBRD. Wygrana w wysokości 20 tys. euro jest dzielona między autora utworu i jego tłumacza”. Autor zareagował błyskawicznie oświadczeniem-sprostowaniem, jakie opublikował na Facebooku: „Szanowna Redakcjo WP Książki, to nie jest »sukces Polaka«, ponieważ nie jestem Polakiem, jestem Ślązakiem, o czym, mam wrażenie, zdarzyło mi się już parę razy publicznie wspomnieć”.

Wypowiedź Twardocha nie jest co prawda tak „mocna” jak słynna deklaracja Jerzego Gorzelika: – Jestem Ślązakiem, nie Polakiem, i nie Polsce przyrzekałem, więc jej nie zdradziłem i nie czuję się zobowiązany do lojalności wobec tego państwa, niemniej wywołała szeroki oddźwięk i wiele reakcji. „Szczepan Twardoch twierdzi, że nie jest Polakiem, tylko Ślązakiem. Apeluję zatem, aby czytać wyłącznie te jego książki, które są napisane po śląsku” – to komentarz lekarza i pisarza Wojciecha Wierciocha.

W 2015 r. Szczepan Twardoch został ambasadorem marki Mercedes-Benz w Polsce. Pozostaje zapytać, czy niemieckie samochody (albo nominacje do niemieckich nagród literackich wypłacanych w euro) mogą mieć wpływ na… postrzeganie własnej tożsamości etniczno-narodowej? Swoją drogą: dziś mało kto już pamięta, że Twardoch zaczynał karierę jako ostro prawicowy publicysta – publikował m.in. we „Frondzie” i „Gazecie Polskiej”. Dzisiaj informacji o tym próżno szukać w Wikipedii, która tak go przedstawia: „Szczepan Lech Twardoch – śląski pisarz i publicysta polskojęzyczny”.

Dyskusję wokół deklaracji Twardocha sam pisarz skomentował w ujmująco delikatny (jak na Ślązaka i twórcę kultury przystało) sposób, pisząc na Facebooku (interpunkcja, a właściwie jej braki, oryginalna): „Piszę po polsku a nie jestem Polakiem, rzeczywiście świat tego nie widział: nie poświęcę ani minuty aby was do czegokolwiek przekonywać, albowiem chuj mnie obchodzi co sobie tam w ślicznych główkach roicie na temat mojej etnicznej tożsamości”. Przepraszam za wulgarne słowo, jakie w ten oto sposób trafiło na łamy „Warszawskiej Gazety”, ale w końcu to cytat z wybitnego współczesnego pisarza, laureata ufundowanej przez wydawcę „Gazety Wyborczej” Nagrody Nike i kandydata do kolejnej, tym razem niemieckiej premii.

Ale co tam Twardoch! Oto w Narodowym Spisie Powszechnym narodowość śląską zadeklaruje także… senator Prawa i Sprawiedliwości Dorota Tobiszowska. – Jestem stąd, tu się urodziłam, tu pracuję, tu żyję. Śląsk to mój dom. Jestem bardzo związana ze Śląskiem: historia, praca, wartości. Jestem Ślązaczką, ale Polką. Nie jestem absolutnie separatystką, wiem, co to oznacza. Jeżeli będzie taka potrzeba, to to wyjaśnię – mówiła Tobiszowska w regionalnym Radio Piekary. I dobrze, szkoda tylko, że nikt pani senator nie wyjaśnił różnicy pomiędzy tożsamością narodową (np. Polak, Niemiec, Francuz) a tożsamością lokalną (np. Ślązak, Wielkopolanin, Góral, Saksończyk, Lotaryńczyk). Ale czegóż wymagać od Doroty Tobiszowskiej? Jak ona trafiła do senatu? Po mężu, czyli Grzegorzu Tobiszowskim, katowickim „baronie” PiS-u, mającym duże wpływy w branży górniczej.

Senatorstwo dla Tobiszowskiej wygląda na przykład nepotyzmu. Przypomnijmy: w marcu 2019 r. wybuchł skandalik. Jak donosił „Fakt”: „Żona wiceministra Dorota Tobiszowska, lokalna działaczka PiS, złożyła w sądzie pozew o rozwód. A córka – pozew o alimenty w wysokości 2500 zł miesięcznie”. To nie koniec. Tabloid pisał także: „Córka wiceministra ujawnia, że razem z mamą musiały opuścić dom rodzinny ze względu na »zachowanie ojca«. O ci chodzi? »Tego tematu nie będę poruszać, gdyż zostanie on przedstawiony w pozwie rozwodowym mojej mamy« – wyjaśnia córka ministra”.

Tobiszowski był wówczas wiceministrem energii i pełnomocnikiem rządu ds. reformy górnictwa. Najwyraźniej PiS uznało, że w roku wyborczym nie będzie korzystne publiczne pranie brudów tak ważnego polityka. W rezultacie Tobiszowski dostał „kopa w górę” i biorące miejsce na liście kandydatów do Parlamentu Europejskiego, natomiast jego żonę Dorotę, dotąd szeregową radną w prowincjonalnej Rudzie Śląskiej, PiS wystawiło jako… kandydatkę do Senatu. Temat rozwodu państwa Tobiszowskich oraz alimentów i „zachowania ojca” jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki znikł z tabloidów. Problem w tym, że senator Tobiszowska mówiąc o narodowości śląskiej, wykazuje pewne – jak by tu delikatnie powiedzieć? – deficyty wiedzy. A nawet nie tyle pewne, co głębokie deficyty.