W najnowszym wydaniu:

700 mln euro nagrody za atak na Polskę

Komisja Europejska poinformowała, że przekaże Białorusi 700 mln euro na pomoc w „łagodzeniu cierpienia” przebywających tam migrantów. Oczywiście, pieniądze nie trafią od razu do Łukaszenki, ponieważ KE postanowiła zapewnić sobie alibi, i poinformowała, że pieniądze otrzyma białoruski Czerwony Krzyż. Ciekawe, kto uwierzy, że pod dyktaturą Łukaszenki istnieje jakaś niezależna organizacja, której on nie kontroluje? Wiemy już zatem, ile wynosi pierwsza rata nagrody dla agresora, który z inspiracji Kremla dokonał hybrydowego ataku na Polskę. A co KE przewidziała dla ofiary tej napaści, Polski? Z przyszłorocznego budżetu UE otrzymamy 25 mln euro na zabezpieczenie granic, zaś miliardy z Funduszu Odbudowy ciągle są blokowane, choć KE sama przyznała, że nie ma żadnych zastrzeżeń do przekazanego przez polski rząd Krajowego Planu Odbudowy. Porównując kwoty dla Białorusi i Polski łatwo dojść do wniosku, że opłaca się być agresorem i napadać na nasz kraj, ponieważ z tego tytułu uzyskuje się 28 razy więcej środków finansowych niż ofiara napaści. Łukaszenko zwiózł do Mińska mięso armatnie w postaci migrantów, pognał ich na polsko-białoruską granicę, a teraz KE pokryje jego wydatki z tego tytułu, tak jakby była zleceniodawcą tego ataku. KE w podskokach spełniła życzenie Kremla zawarte w tych słowach szefa rosyjskiego
MSZ, Siergieja Ławrowa:
– Dlaczego nie można również pomagać Białorusinom, którzy mają pewne potrzeby, tak, aby uchodźcy, których Litwa i Polska nie chcą wpuszczać na swoje terytorium, żyli w normalnych warunkach?

Czy Putin może w UE kupić sobie wszystko? Najwyraźniej tak, skoro od dawna kupuje i zatrudnia w rosyjskich koncernach byłych kanclerzy, premierów i ministrów unijnych państw. Kiedy słyszę dzisiaj głosy pięknoduchów i świrniętych romantyków, rozprawiających o tym, jaka ta unia jest wspaniała, sprawiedliwa i stojąca na straży wartości europejskiej, to nóż mi się w kieszeni otwiera. Ten sam chór wrzeszczy o solidarności europejskiej, choć to pojęcie w praktyce w UE od dawna nie istnieje, głównie dzięki Niemcom.