W najnowszym wydaniu:

01
Warszawska Gazeta

Niemiecka rtęć

Niemcy są zmuszone do bezwarunkowego przyłączenia się i podporządkowania interesom atlantyckim w Europie, głównie amerykańsko-brytyjskim. Ta reorientacja musi dokonać się na wielu poziomach – politycznym, gospodarczym, militarnym, a przede wszystkim mentalnym, bo Niemcy nie są Zachodem; są hybrydą.

Polityka niemiecka powoli, ale konsekwentnie, zmierza w kierunku geopolitycznego przemeblowania. Dzieje się to wolno i z oporami, podobnie dynamicznie jak to jest w przypadku dostaw broni dla Ukrainy czy czołgów Leopard dla Polski. Porzucając uprzedzenia, które wobec polityki niemieckiej w Europie zasadnie żywię, spróbuję zastanowić się nad możliwymi konsekwencjami tego przemeblowania dla nas i dla projektu europejskiego federalizmu. W Niemczech narasta przekonanie, że wszystko to, co wydarzyło się po 24 czerwca 2022 r. ma charakter nieodwracalny, a to oznacza koniec niemieckiej epoki ciepłej wody w europejskich kranach. Niemcy, największa europejska gospodarka i kraj aspirujący do hegemonii na kontynencie, dostrzegły, że przestają być wiarygodne, ponadto coraz trudniej im jest ukryć fakt, że są współodpowiedzialne za wielką europejską wojnę w stopniu równym odpowiedzialności władz Rosji. Jest wiedzą powszechną, że ustępująca kanclerz Angela Merkel zawarła z Władimirem Putinem porozumienie o podziale stref wpływów w Europie Wschodniej, do której Niemcy sami cywilizacyjnie należą, o czym później. Lejtmotywem porozumienia była ekonomia, a więc tanie surowce energetyczne z Rosji (upust na poziomie 30 proc. cen światowych) w ilościach zdolnych zaspokoić potrzeby energetyczne całej Unii, w zamian za carte blanche na Białorusi, na Ukrainie i prawdopodobnie w Mołdawii; waham się, czy w ramy tej oferty powinniśmy włączyć kraje bałtyckie – wydaje mi się, że miały one pozostać, ze względu na to, że są członkami NATO, w strefie buforowej, a więc faktycznie w zonie niczyjej.