W najnowszym wydaniu:

01
Warszawska Gazeta

Pan (bóg) Soros

Mówi o sobie, bez cienia autoironii, że jest „finansowym i filozoficznym spekulantem”. W wywiadzie udzielonym dwa lata później Soros, choć ateista, przedstawił się jako ktoś, kto dzieli liczne atrybuty z „Bogiem Starego Testamentu”.

Ludzie, którzy usiłują kręcić całym światem – co, niestety, w dużym stopniu im się udaje – są silni naszą słabością. Pojawili się i biorą nas za buzie nie dlatego, że są tacy mocarni, ale dlatego, że to my jesteśmy tacy cherlawi. Są tymi „kwiatami” (choć biorąc pod uwagę ich wiek, zazwyczaj zaawansowany, słuszniej byłoby napisać „grzybami”), o których się mówi, że wyrastają bujnie na nawozie historii. Są dobitnym dowodem na to, że nasza cywilizacja gnije. Albo, mówiąc bardziej optymistycznie, są ostatnim dzwonkiem ostrzegawczym dla nas, nawołującym, abyśmy się „nawrócili i wierzyli w Ewangelię”. I w tej roli robią zupełnie dobrą robotę – gorączki sygnalizującej ciężką chorobę. Są przeto skutkiem schorzenia, a nie jego przyczyną.

Walka z tymi ludźmi bez zmiany naszego stosunku do takich wartości jak wolność, godność, wiara, wpajane nam od pokoleń cnoty (zmiany na lepsze, bo dzisiejsze nasze postawy wobec wymienionych walorów moralno-społecznych pozostawiają wiele do życzenia) przypominałaby zmagania z chorobą przez stłuczenie termometru. Tych ludzi zrodziły nasze rewolucje, zachłanność dóbr wyrażona w krzywdach kolonialnych, niechrześcijański, pogardliwy, stosunek do ludzi małych, słabych, bezbronnych, dwie straszne wojny światowe…